Wyzwania nowoczesnego świata

Wpisy

  • czwartek, 14 grudnia 2017
    • Powszechny jak milioner

      Dawno, dawno temu, jeszcze w poprzednim wieku, bycie milionerem było czymś wyjątkowym. Na przykład przez niemal całe lata 80. XX wieku odsetek gospodarstw domowych w Stanach Zjednoczonych, które mogły się pochwalić majątkiem przekraczającym 1 milion był w miarę stały i oscylował poniżej 3% ogółu.

      Ćwierć wieku obowiązywania doktryny neoliberalnej później, bycie milionerem nie jest już niczym nadzwyczajnym. Według obliczeń Banku Rezerw Federalnych za rok 2016 odsetek gospodarstw domowych o majątku netto powyżej miliona dolarów wynosi 12%.

      Według ekonomisty z Uniwersytetu Nowojorskiego, Edwarda Wolffa, liczba milionerów zaczęła lawinowo mnożyć się po roku 1995, aż po Wielką Recesję lat 2008-12, aby ponownie powrócić na ścieżkę wzrostową.

      Przyrost liczby osób najbogatszych jest pokłosiem gwałtownego wzrostu nierówności, która nastąpiła po zmianach podatkowych oraz sposobie działania gospodarki na przełomie lat 70. i 80. XX wieku. Przepaść pomiędzy klasą średnią (o zarobkach rocznych pomiędzy 42 i 125 tysięcy dolarów), a klasą wyższą szybko zaczęła się powiększać. Szczególnie, że zarobki pierwszych pozostały w stagnacji, a drugiej wystrzeliły.

      Wzrost zarobków od razu przełożył się na wzrost bogactwa. Według danych Pew Research Center, jeszcze w latach 70. XX wieku zarobki klasy średniej stanowiły 62% ogółu przychodów amerykańskich gospodarstw. Klasa wyższa miała 29%, a niższa 10%. W 2014 roku mniej liczna, ale dużo lepiej zarabiająca klasa wyższa zbiera już blisko połowę rocznych przychodów gospodarstw domowych w Stanach Zjednoczonych. Klasa średnia spadła do 43%.

      Jednak według Wolffa to nie bezpośrednie zarobki z pracy były jedyną przyczyną wzrostu nierówności. Bogatsi inwestują majątek w nieruchomości oraz papiery wartościowe. Dla obu warstw społecznych Wielka Recesja była dużym ciosem, ale to klasa wyższa wyszła z niej jeszcze bardziej wzmocniona. Dzięki dywersyfikacji majątku oraz odbiciu rynków finansowych po zapaści z lat 2008-2012 ilość milionerów zaczęła gwałtownie przyrastać.

      Okazuje się, że nie tylko bycie zwykłym milionerem przestaje być wyjątkowe. Od początku lat 80. XX wieku ilość gospodarstw domowych o majątku powyżej miliona wzrosła o 100%. To jednak nic w porównaniu z osobami jeszcze bogatszymi. Ilość tych, którzy mogą wyrazić wartość swojego dobytku kwotą ośmiocyfrową urosła w tym samym czasie o 500%. W latach 2013-16 ilość takich gospodarstw domowych wzrosła z 400 do 630 tysięcy.

      Od czasu gdy za sprawą Teda Sorensena, autora przemówień prezydenckich, John F. Kennedy, użył określenia, że „przypływ podnosi wszystkie łodzie” rządy patrzyły na przyrost majątków swoich obywateli przychylnym okiem. Bogactwo nielicznych miało się przełożyć na dobrobyt ogółu. Trudno jednak udowodnić, że gwałtowne bogacenie się 1% przełożyło się w jakikolwiek sposób na wzrost gospodarczy Stanów Zjednoczonych.

      Dziś - mądrzejsi o blisko cztery dekady doświadczeń - wiemy, że przyrost majątku jednej grupy społecznej prowadzi jedynie do wzrostu nierówności. Podobnie jak w przypadku minionej epoki, która zachęcała do większego wysiłku hasłem „aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatnio”, również neoliberalne obietnice okazały się zwodnicze. Gdybyśmy mieli kiedyś budować inną rzeczywistość – szczególnie w kontekście automatyzacji – pamiętajmy o jednym. Nie wierzmy dobrze brzmiącym sloganom.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      rafal.kinowski
      Czas publikacji:
      czwartek, 14 grudnia 2017 07:12
  • wtorek, 12 grudnia 2017
    • Płaca życiowa

      Problem uzyskiwania przez pracowników płacy życiowej, czyli takiej, która zapewnia poziom egzystencji, odpowiadający godności człowieka, jest ciągle żywy. Dotyczy zresztą nie tylko krajów nisko uprzemysłowionych, które budują swoją przewagę konkurencyjną na taniej sile roboczej. Również w gospodarkach rozwiniętych istnieją stanowiska, z których uzyskane pensje nie pozwalają na przeżycie od wypłaty do wypłaty.

      W Stanach Zjednoczonych nazywa się takie zajęcia McJobs i nie są one zarezerwowane jedynie dla pracowników fastfoodów. Swojego czasu przez media przetoczyła się krytyka największego amerykańskiego detalisty, sieci handlowej Walmart, której pracownicy – mimo posiadania etatów – musieli korzystać z pomocy społecznej, aby powiązać koniec z końcem. Fala oburzenia nie dotyczyła wysokość pensji wypłacanych przez giganta branży retailowej, ale faktu, iż Walmart faktycznie subsydiował swoją działalność, zmuszając zatrudnionych do korzystania z pomocy państwa.

      Sytuacja w krajach rozwijających się oraz biednych jest bardzo podobna. Z tym, że mniej zamożnych gospodarek nie stać na zapewnienie opieki bezrobotnym, a co dopiero tym, których pensje nie wystarczają na przeżycie. Tak jak w wyżej rozwiniętych społeczeństwach nacisk administracji jest kładziony na zlikwidowanie luki w uposażeniach kobiet i mężczyzn, w przypadku krajów uboższych starania idą w kierunku zamknięcia dysproporcji pomiędzy faktycznymi zarobkami, a pensją życiową.

      Ciekawe badanie przeprowadziło dwóch australijskich akademików, Murray Ross Hall oraz Thomas Wiedmann, którzy zbadali drogę indyjskich t-shirtów do nabywców w Australii. Jak twierdzą w komentarzu do przeprowadzonych przez siebie analiz, gdyby cena docelowa koszulki – którą można kupić za 25 dolarów australijskich (AUD) – została podniesiona o 20 centów, wówczas pensje wszystkich zatrudnionych w procesie - od zbieraczy bawełny po osoby wysyłające gotowy produkt do sklepów - osiągnęłyby poziom uznawany za wystarczający do przeżycia.

      Skromna 20 centowa podwyżka oznaczałaby dla indyjskich pracowników wzrost zarobków nawet o 225%.

      Rażący wzrost zarobków przy znikomym podniesieniu ceny produktu finalnego doskonale obrazuje sposób działania zglobalizowanej gospodarki. Większość towarów, z których korzystamy, jest wytwarzana w ramach skomplikowanych, globalnych łańcuchów dostaw. Ich „światowość” wzięła się z przenoszenia pracochłonnej produkcji do krajów o niskich kosztach siły roboczej.

      Potrzeba masowego konsumenta, aby kupować to co zwykle, ale po niższych cenach, spowodowała, że międzynarodowe korporacje ruszyły w świat w poszukiwaniu taniej siły roboczej oraz tanich surowców. Dla krajów biednych i nisko uprzemysłowionych możliwość uczestniczenia w globalnym handlu – i podniesienie własnej pozycji – była szansą, z której trudno było nie skorzystać. Niestety duża ilość konkurentów spowodowała, że część państw rywalizowała o inwestycje coraz bardziej obniżając koszty. Ci, którzy liczyli, że z biegiem czasu uda się podwyższyć pierwotne niskie pensje, czy obciążenia podatkowe, srodze się zawiedli. Zawsze pojawiał się konkurent gotowy ścigać się do dna.

      Badania Halla i Wiedmanna, dotyczące rynku indyjskiego, dobrze obrazują, jak nisko znajduje się granica, do której mogą zejść poszukujący pracy robotnicy. Na przykład zarobki zbieraczy bawełny w stanie Haryana – głównie kobiet – stanowią jedynie 34% płacy życiowej. Jak wyliczyli australijscy naukowcy, podniesienie ceny - wspomnianych już t-shirtów - o 15 centów spowodowałoby, że wszyscy zatrudnieni w Indiach przy zbiorze surowca mogliby osiągnąć płacę życiową. Z kolei wzrost ceny koszulki w Australii o kolejne 5 centów, skutkowałoby w Indiach wzrostem zarobków ogółu pracowników sektora tekstylnego powyżej granicy ubóstwa.

      Wyliczenia Australijczyków są oczywiście symulacją, która ma dać czytelnikowi wyobrażenie o wysokości zarobków w krajach rozwijających się i ich odniesieniu do realnych cen detalicznych produktów w państwach rozwiniętych. Jak wynika z analiz naukowców w cenie t-shirta – cały czas 25 AUD – jedynie 5,30 AUD stanowi całkowity koszt jej wytworzenia. Reszta, a więc 19,70 AUD, to wartość dystrybucji, magazynowania i samej sprzedaż.

      Duże koncerny modowe, które korzystają na dysproporcjach płac w krajach takich jak Indie, często zasłaniają się niewiedzą. Tłumaczą, że za zakup surowców odpowiedzialni są lokalni pośrednicy, którzy zarabiają na tańszej bawełnie. Stąd pojawiają się pomysły, aby certyfikować plantacje bawełny czy szwalnie, aby upewnić klientów, że otrzymują produkt przy produkcji którego nie stosowano nieuczciwych praktyk.

      Czy jest to skuteczna taktyka? Z pewnością tak. Sumienie konsumentów łatwo ukoić certyfikatem, wydrukowanym na czerpanym papierze. W praktyce jednak wystarczy dziennikarskie śledztwo, aby okazało się, że szyjący koszulki pracują w warunkach zagrażających życiu albo do zbioru bawełny zatrudnia się dzieci. Wybucha wówczas skandal, po którym koncern musi zmienić dostawcę. Amerykańska spółka odzieżowa GAP już wielokrotnie przerabiała powyższy scenariusz.

      W rzeczywistości klienci mają małe szanse na skontrolowanie faktycznego źródła pochodzenia bawełny czy gotowych koszulek. Nie mają też żadnych narzędzi, aby upewnić się, że pracownicy otrzymali godziwe wynagrodzenia.

      Dopiero inicjatywa z 2012 roku - największych organizacji zajmujących się etycznym handlem, miedzy innymi: Rainforrest Alliance, Forrest Stewardship Council (FSC) czy Fairtrade International - doprowadziła do utworzenia Globalnej Koalicji na rzecz Płacy Życiowej (Global Living Wage Coalition). Współpraca zaowocowała wytycznymi, jakimi powinni się kierować sprzedawcy, czy dystrybutorzy, aby upewnić się, że pracownicy dostawców lub producentów otrzymują godziwe wynagrodzenie. Objęcie w ten sposób kontrolą całego łańcucha dostawy, umożliwia ostatecznemu sprzedawcy posługiwanie się odpowiednim certyfikatem, potwierdzającym dochowanie rzetelności. Otwartym pozostaje pytanie, czy klienci będą gotowi płacić więcej za sprawiedliwsze traktowanie pracowników. Zbyt często z badań konsumenckich wynika, że przy zakupach jesteśmy bardziej wrażliwi na cenę produktu, niż na sposób jego wytworzenia.

      Płaca życiowa stanowi dochód potrzebny do godnego życia zarówno pracownika, jak również jego rodziny. Oznacza, że gospodarstwo domowe znajduje się powyżej granicy ubóstwa, a jego przychody pokrywają koszty podstawowych potrzeb, jak zapewnienie dachu nad głową oraz jedzenie. Podnoszenie zarobków do poziomu płacy życiowej ma ograniczać wykorzystywanie pracowników, choćby przez ograniczenie ilości godzin pracy, za które jest wypłacane wynagrodzenie. Tymczasem według Międzynarodowej Organizacji Pracy światowe realia wyglądają następująco: 42% pracujących nie ma pewności stałego zatrudnienia oraz nie jest objęte żadnymi zabezpieczeniami socjalnymi, a 29% mimo wykonywania pracy żyje w ubóstwie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Płaca życiowa ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      rafal.kinowski
      Czas publikacji:
      wtorek, 12 grudnia 2017 07:03
  • czwartek, 07 grudnia 2017
    • Czarna dziura globalnej wymiany handlowej

      Z faktu, że duże międzynarodowe korporacje utkały – często jedynie ze względów fiskalnych – misterne struktury współzależności ze spółkami-córkami, wynikają ciekawe konsekwencje. Publikowane – już niemal cyklicznie – dokumenty, z Panamy czy innego Raju, odkrywają przed czytelnikami alternatywny obraz światowej gospodarki. Zasadne wydaje się postawienie pytania: czy jesteśmy w stanie narysować prawdziwy obraz handlu międzynarodowego?.

      Z powodów praktycznych jest to dość istotne zagadnienie. Kwestia wymiany handlowej, a więc posiadanie nadwyżki w kontaktach z jednymi krajami czy deficytu z innymi, kreuje obraz potęgi gospodarczej danego państwa. Sieć zależności daje wiele radości, śledzącym jej kompleksowość, statystykom, a także – dużo mniejszą   przyjemności – studentom nauk ekonomicznych, którzy mają pecha zdawać egzamin z zagadnień światowego handlu. Wiele jednak wskazuje, że trud jednych i drugich idzie na marne.

      Ekonomista Daniel Haberly z Uniwersytetu w Sussex twierdzi, że statystyki światowego handlu wprowadzają nas w błąd. Wystarczy spojrzeć na bilans handlowy Wielkiej Brytanii.

      Oczywiście największym partnerem handlowym Zjednoczonego Królestwa są Stany Zjednoczone. Zero zdziwienia. Jednak na drugim miejscu jest ... Holandia. Jakim cudem 17to milionowy kraj jest w stanie dołożyć do brytyjskiego PKB prawie 150 miliardów funtów?

      Wytłumaczenie zjawiska jest banalnie proste, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że Holandia jest dla międzynarodowych korporacji jednym z największych kanałów przerzucania pieniędzy z rajów podatkowych.

      Gdy brytyjski urząd statystyczny zmienił podejście do rozliczania zagranicznych inwestycji bezpośrednich okazało się, że: znacząco wzrósł udział Stanów Zjednoczonych (o 20%), wkład Holandii zmniejszył się o 66% (Holandia spadła na 5. miejsce), za to na drugie miejsce awansowała ... Wielka Brytania. Tak jest. Zjednoczone Królestwo, a w zasadzie międzynarodowe korporacje (zarówno amerykańskie, jak i brytyjskie) dorzucają do PKB Wielkiej Brytanii ponad 80 miliardów funtów. 11% zagranicznych inwestycji bezpośrednich kierowanych do Zjednoczonego Królestwa, pochodzi ze ... Zjednoczonego Królestwa.

      Przy poprzednim sposobie obliczania wymiany handlowej okazało się, że 5. miejsce – nieznacznie ustępując takim potęgom jak Francja (66,4 mld funtów) czy Niemcy (50,5 mld funtów) – znajdowała się Wyspa Jersey, ta z Kanału La Manche (46,9 mld funtów). Po rewizji danych okazało się, że rola Jersey – w brytyjskiej wymianie handlowej - jest znacząco niższa, podobnie jak Luksemburga czy innych zagranicznych terytoriów zależnych Wielkiej Brytanii, jak Gibraltar czy Kajmany.

      Najbardziej dociekliwi badacze struktur korporacyjnych, do jakich z pewnością zalicza się Gabriel Zucman, twierdzą, że przewartościowanie wpływu partnerów zagranicznych na bilans handlowy Zjednoczonego Królestwa było potrzebne, ale nadal jest niewystarczające. Przecieki dokumentów z Luksemburga czy Panamy każą sądzić, że faktyczny udział krajów takich jak Szwajcaria czy Holandia oraz terytoriów zależnych: Jersey lub Gibraltaru, jest znacznie mniejsza niż faktycznie wykazywane w zestawieniach liczby. Płynące z wymienionych powyżej lokalizacji pieniądze, są niczym więcej niż zyskami, ukrytymi w rajach podatkowych.

      Ktoś sceptyczny mógłby powiedzieć, że sytuacja Wielkiej Brytanii jest wyjątkowa właśnie ze względu na posiadanie terytoriów zależnych, będących pod jurysdykcją Korony Brytyjskiej. Jednak - jak pokazuje Max de Haldevang z Quartza - podobne zakłócenia przytrafiają się wielu innym państwom.

      W przypadku wspomnianych już Stanów Zjednoczonych, trzecim największym partnerem handlowym jest Luksemburg, minimalnie ustępujący Japonii. W czołówce znajdują się Holandia i Szwajcaria, a pierwszą dziesiątkę zamykają Irlandia (amerykańskie korporacje wprost uwielbiają zakładać tam swoje główne siedziby) oraz – co za zdziwienie – Brytyjskie Terytoria Zależne. Ponieważ Amerykanie, wzorem Anglików, nie zweryfikowali faktycznej drogi napływania zagranicznych inwestycji w zestawieniu brak ... Stanów Zjednoczonych. Jest prawie pewne, że specjalne, wewnętrzne raje podatkowe z: Nevady, Południowej Dakoty czy słynnego Delaware są znaczącym inwestorem w USA.

      Znów można kręcić nosem, że Stany Zjednoczone czy Wielka Brytania to są dwie strony tej samej monety. Ale Daniel Haberly służy danymi z Chin, które trudno porównać pod względem dyscypliny finansowej ze światem zachodnim. Otóż największym – na papierze – zagranicznym parterem handlowym Państwa Środka jest maluteńki Hong Kong. A Brytyjskie Wyspy Dziewicze inwestują w Chinach dwa razy więcej niż Japonia, cztery razy więcej niż Stany Zjednoczone i pięć razy więcej niż Niemcy.

      Jeśli się Wam nie znudziło, możemy grać dalej w tą grę. W przypadku Rosji jej największym parterem handlowym jest Cypr. Drugi – Luksemburg. Trzecim – Holandia. A największa na kontynencie europejskim gospodarka Niemiec jest dopiero siódmym inwestorem. Wyprzedzają ją Bahamy i Bermudy.

      Cytowany w Quartzu Alex Cobham, szefujący Tax Justice Network, twierdzi, że podstawowe dane ekonomiczne, którymi posługują się rządy państw do tworzenia założeń budżetowych, czy planowania strategii handlowych są stekiem bzdur.

      Strumienie środków finansowych, pochodzące z rajów podatkowych, stanowią od 30 do 50% bezpośrednich globalnych inwestycji zagranicznych. Ich zmienność może być destrukcyjna dla gospodarek państw, do których są kierowane. Irlandzka inwestycja Apple’a, który skorzystał z niskich stawek podatku od własności intelektualnej, obowiązujących na Zielonej Wyspie, przyczyniła się do jednorazowego wzrostu przychodów budżetowych o 26%. Podobne zawirowania mogą dotyczyć każdego kraju, który będzie chciał zaistnieć, majstrując przy stawkach podatkowych.

      Skala trudnych do zidentyfikowania środków pieniężnych, kręcąca się w globalnej gospodarce, wypacza dotychczasowe wyliczenia, którymi posługują się ekonomiści. Tym samym zaburza decyzje polityczne, które są podejmowane na podstawie niepełnych danych. Skromny ruch w systemie podatkowym, może skutkować gigantyczną nadwyżką albo – co gorsza – katastrofalnym deficytem. Pewne jest jedno, żaden księgowy nie jest w stanie podać wiarygodnych danych na temat globalnych finansów.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      rafal.kinowski
      Czas publikacji:
      czwartek, 07 grudnia 2017 06:55
  • wtorek, 05 grudnia 2017
    • O tym, jak prezydent Trump kijem rzekę zawracał

      Bycie charyzmatycznym politykiem, który potrafi sprawiać wrażenie, że umie nagiąć rzeczywistość do swoich potrzeb – to jedno. Ale przekuć oczekiwania współobywateli w czyn, to zupełnie inna sprawa. Szczególnie gdy walczy się z rynkiem.

      Jeszcze w trakcie kampanii prezydenckiej Donald Trump grzmiał z mównicy, że nieudolni politycy w Waszyngtonie, tworzą przepisy, które pozwalają na ucieczkę dobrych miejsc pracę zagranicę. W ramach swojego programu naprawy „America First” obiecał, że zatrzyma amerykańskie firmy przed opuszczeniem kraju, a także zapewni obywatelom Stanów Zjednoczonych godziwe stanowiska pracy. Wedle jego własnych słów „wobec przedsiębiorców uciekających z produkcją z kraju, muszą być wyciągane konsekwencje”.

      Wbrew buńczucznym hasłom, rzeczywistość jest nieubłagana. Organizacja pozarządowa - Good Jobs Nation – alarmuje, że administracja prezydencka nie zrobiła nic, co by zatrzymało lub chociaż spowolniło outsourcing siły roboczej. W opublikowanym kilka dni temu raporcie można przeczytać, że nawet w przypadku spółek, które wykonują zadania dla rządu federalnego, utrata miejsc pracy jest dwukrotnie większa, niż średnia za czasów poprzedniego lokatora Białego Domu.

      Firmy takie, jak: Boeing, Honeywell, IBM czy General Electric - w celu wypełnienia rządowych kontraktów - chętnie sięgają po pracowników zatrudnionych poza granicami Stanów Zjednoczonych. Wynika z tego, że nawet największe amerykańskie przedsiębiorstwa nie boją się reperkusji ze strony prezydenckiej administracji.

      Co więcej od początku objęcia przez Donalda Trumpa stanowiska prezydenta, jak podaje Departament Pracy, Stany Zjednoczone straciły około 93 000 miejsc pracy na korzyść zagranicznych oddziałów amerykańskich koncernów. To nieco powyżej średniej z ostatnich lat, oscylującej wokół 87 000 stanowisk rocznie.

      Najlepszą wizytówką możliwości prezydenta Stanów Zjednoczonych jest historia jego zaangażowania w utrzymanie miejsc pracy w spółce Carrier. Producent urządzeń grzewczych i klimatyzatorów planował przeniesienie fabryki z Indianapolis do Monterrey w Meksyku, likwidując tym samym około 800 stanowisk. W celu zmobilizowania opinii publicznej, związkowcy zdecydowali się na upublicznienie nagrania, na którym zarząd spółki informuje o swoich planach pracowników firmy.

      Na reakcję Trumpa nie trzeba było długo czekać. Spółka, posiadająca rządowe kontrakty na blisko 1,2 miliarda dolarów, otrzymała dodatkowe ulgi podatkowe. Wszystko po to, aby utrzymać miejsca pracy w kraju. Szefowie Carriera postanowili skorzystać z hojności władz, a Donald Trump ogłosił sukces.

      Co ciekawe, prezes United Technologies - do której należy Carrier – zadeklarował spore inwestycje w zakładzie z Indianapolis, aby utrzymać jego konkurencyjność. Jednak gdy tylko sprawa producenta klimatyzatorów zeszła z czołówek gazet, nastąpił nagły zwrot akcji. Okazało się, że modernizacja fabryki poszła w kierunku automatyzacji linii produkcyjnych, co pociągnęło za sobą zwolnienie 25% załogi.

      Rzeczywistość jest taka, że ​​nawet najpotężniejszy przywódca na świecie, trzymający przy łóżku przycisk atomowy, ma niewielkie pole manewru, aby zatrzymać znikanie miejsc pracy. Mimo niskiego bezrobocia i rosnących zarobków, osoby o niskich kwalifikacjach nie mogą znaleźć zatrudnienia, które pozwoliłoby na utrzymanie rodziny czy podnoszenie kwalifikacji we własnym zakresie.

      Ekonomiści spierają się, o to jakie połączenie ulg podatkowych i zmian w amerykańskich umowach handlowych należy zastosować, aby skutecznie chronić miejsca pracy przed ucieczką zagranicę lub automatyzacją. Utworzenie spójnych przepisów, które zachęcały by przedsiębiorców do zatrudniania Amerykanów – oraz podnoszenia ich kwalifikacji, wydawały się priorytetem dla nowej administracji Białego Domu. Tymczasem czas ucieka -wraz z nim stanowiska pracy, a realnych recept brak.

      Specjaliści, zaniepokojeni kierunkiem, w którym zmierza amerykański rynek pracy, czekali z nadzieją na propozycje zawarte w reformie podatkowej. Pierwotnie liczono, że dzięki mechanizmowi kija (większych obciążeń dla korzystających z zagranicznej siły roboczej) oraz marchewki (ulgi fiskalne) uda się stworzyć spójne rozwiązanie, gwarantujące zwiększanie zatrudnienia.

      Tymczasem najnowsza propozycja Republikanów idzie w zupełnie przeciwnym kierunku. Międzynarodowe korporacje będą mogły nadal płacić podatki od zagranicznych zysków według stawek krajów, w których je zgłoszą. Następnie od zysków, osiągniętych poza Stanami Zjednoczonymi, płaciłyby podatek wyrównawczy, który urealniałby ich przychody do wartości, jakie by osiągały owe firmy, gdyby działały w kraju. Czy to nie brzmi jak przepis na wspaniałą katastrofę?

      Tajemnicą pozostaje na jakiej podstawie miałoby być naliczane owo wyrównanie, gdyż podstawową cechą międzynarodowych koncernów jest trudność w odgadnięciu zawiłych powiązań pomiędzy spółkami zależnymi, wchodzącymi w ich skład. Najbardziej bliskie doszukaniu się prawdy byłyby skomplikowane algorytmy, które potrafiłyby śledzić korporacyjne struktury, ale to z kolei zaprzeczałoby idei tworzenia nowych miejsc pracy.

      Poza tym nawet najbardziej drakońskie stawki podatku zagranicznego mają nie przekraczać 15%. Cóż zatem powstrzyma przedsiębiorców do zakładania spółek w rajach podatkowych o obciążeniach fiskalnych oscylujących wokół 0% i płacenia w majestacie prawa 15% od zgłoszonych przychodów? Bo chyba nie strach przed „gromowładnym” prezydentem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      rafal.kinowski
      Czas publikacji:
      wtorek, 05 grudnia 2017 07:09
  • czwartek, 30 listopada 2017
    • Dochód podstawowy z Doliny Krzemowej

      Thomas Piketty w książce „Kapitał w XXI wieku”, opierając się na badaniach swoich oraz Emmanuela Saeza, przedstawił historię bogactwa ostatnich kilku wieków. Wykazał on, że wąska grupa najbogatszych rodzin gromadziła niebotyczne majątki, pozwalające na kontrolowanie sytuacji politycznej i ekonomicznej świata.

      Znaczenie najbogatszego 1ego procenta mocno zmalało po dwóch Wojnach Światowych oraz Wielkiej Depresji lat 30-tych XX wieku. Lata 50-te i 60-te zeszłego stulecia to okres bardziej egalitarnego podziału bogactwa i rozkwitu zjawiska społecznego zwanego „klasą średnią”.

      Jednak idylla okresu przejściowego – do którego wielu już się zdołało przyzwyczaić – przemija. Wraz z wprowadzeniem do polityki gospodarczej neoliberalnego paradygmatu oraz podporządkowaniem wszystkich aspektów życia dyktatowi rynku, poziom nierówności niebezpiecznie zbliżył się do rekordów sprzed I Wojny Światowej (a według niektórych badaczy nawet je przebił).

      Choć zjawisko rosnących dysproporcji się nasila, trudno znaleźć proste recepty, które mogłyby je ograniczyć. Ciekawe propozycje płyną z Doliny Krzemowej, postrzeganej jako miejsce, w którym rodzą się technologie, zakłócające obecny porządek gospodarczego świata.

      Sam Altman, szef firmy Y Combinator - inkubatora startupów - proponuje nową umowę społeczną. Amerykańska Sprawiedliwość, bo tak nazywa się inicjatywa, zakłada równy podział zysków, wypracowanych przez gospodarkę Stanów Zjednoczonych, pomiędzy jej obywateli.

      Początkowo byłyby to nieduże kwoty – rzędu kilkuset dolarów rocznie, rosnące wraz z rozwojem gospodarczym, osiągając docelowo około 20% PKB. Jak twierdzi Altman obciążenie nie byłoby zauważalne dla budżetu, gdyż dokładnie tyle samo stanowią obecnie wydatki na pomoc socjalną, oferowane przez rząd federalny.

      Komentatorzy zauważają, że pomysł nie jest przesadnie nowatorski, gdyż podobny programy jest już realizowany choćby przez władze Alaski. Administracja wypłaca każdemu pełnoletniemu mieszkańcowi stanu 1000 dolarów rocznie. Pieniądze pochodzą od firm, które działają na terenie Alaski, czerpiąc zyski z wydobycia surowców naturalnych. Innym przykładem jest norweski fundusz państwowy, zasilany przez dochody spółek wydobywczych, pozyskujących gaz ziemny i ropę naftową z dna Morza Północnego.

      Propozycja Altmana nie odbiega znacząco od idei Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego (BDP). Zresztą Y Combinator planuje swój własny eksperyment w tym zakresie w Oakland.

      Altman zauważa, że w XIX wieku rząd Stanów Zjednoczonych rozdawał osadnikom ziemię (Homestaed Act), licząc, że dzięki wypracowanemu na niej majątkowi, osiągną one dużo większe korzyści w przyszłości. W dzisiejszych czasach, zapewnienie stabilności finansowej – poprzez rozdawanie pieniędzy ze wspólnego majątku - da szansę na powstanie nowych pomysłów, które napędzą działanie gospodarki i dostarczą jej nowych bodźców do rozwoju. Obecny wkład finansowy będzie zatem obrócony na korzyść przyszłych pokoleń, podobnie jak miało to miejsce w przypadku wspomnianego już Homestead Act.

      Zapewnienie każdemu Amerykaninowi środków finansowych na podstawowe potrzeby, nie tylko wyeliminowałoby ubóstwo. Posiadanie dałoby obywatelom stabilizację, a także uwolniło od strachu o poziom egzystencji, jako głównej motywacji w poszukiwaniu zatrudnienia.

      Dziś pomysł na wprowadzanie BDP brzmi jak utopia. Przeciwnicy łatwo dowiodą, że żadnego kraju nie stać na rozdawanie wszystkim swoim obywatelom pieniędzy na utrzymanie, nawet na najbardziej podstawowym poziomie. Michael Coren z Quartza przypomina, że podobne obawy towarzyszyły debatom parlamentarnym, dotyczącym wprowadzeniu ubezpieczeń społecznych. Jeszcze 80 lat temu, to co wydaje się naturalne i konieczne dla sprawnego działania społeczeństwa, było postrzegane jako rozwiązanie socjalistyczne, zniewalające obywateli i uzależniające ich od dyktatury rządzących.

      Demiurdzy z Doliny Krzemowej mają świadomość, że kierunek proponowanych przez nich przemian technologicznych, może doprowadzić do utraty pracy przez większość współobywateli. Być może jakimś rozwiązaniem byłoby zbudowanie elitarnego ośrodka - na wzór tego z filmu „Elizjum” - i odcięcie się od problemów świata.

      Martin Ford, autor książki „Rise of Robots Technology and the Threat of Jobless Future” przekonuje, że beneficjenci cyfrowej rewolucji - Apple, Microsoft, Google czy Facebook - są coś winni społeczeństwu. Ich potęga bazuje na wynalazkach, które powstały z pieniędzy podatników. To federalna agencja DARPA (Defense Advanced Research Projects Agency) kładła podwaliny pod sieci komputerowe, które znamy dziś jako internet. Podobnie było z badaniami nad pojazdami autonomicznymi, czy półprzewodnikami. To setki milionów dolarów płaconych przez klasę średnią w podatkach, stały się fundamentem dzisiejszych sukcesów Doliny Krzemowej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      rafal.kinowski
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 listopada 2017 06:57

Tagi

Kanał informacyjny