Menu

Wyzwania nowoczesnego świata

Idee i zdarzenia ze świata, ginące w zalewie informacji.

Przewidywanie przyszłości ze starych fusów

rafal.kinowski

Ekonomiści Daren Acemoglu z MIT (Sloane Institute) oraz Pascual Restrepo z Uniwersytetu Bostońskiego zbadali wpływ industrializacji, a właściwie automatyzacji, na amerykański rynek pracy w latach 1990 – 2007. Wprawdzie podstawową wadą analizy jest ograniczenie jej do okresu sprzed Wielkiej, która w znaczny sposób odcisnęła się na warunkach zatrudnienia Amerykanów Recesji (praca została ogłoszona w marcu bieżącego roku). Jednak nawet niezbyt świeże dane, zbierane w latach największej prosperity amerykańskiej gospodarki, pokazują iż każdy dodatkowy robot – na tysiąc robotników - w sektorze przemysłowym zmniejsza zatrudnienie o 3 do 6 osób oraz obniża płace w branży o nawet 0,5%.

Automatyzacja ma gigantyczny wpływ na ilość miejsc pracy w amerykańskim przemyśle, choć trzeba przyznać, że silne wspierały ją: rozwój technologiczny w szeroko rozumianym IT oraz przenoszenie fabryk do dalekich Chin i pobliskiego Meksyku. W sumie – w latach 1980 – 2015 - redukcji uległo blisko 1/3 etatów. Obawa, że roboty i sztuczna inteligencja przejmą zadania - wykonywane tradycyjnie przez ludzi, wzrasta. Ostatnio podsycana jest nawet przez czołowe firmy konsultingowe, które dostrzegły zagrożenie i próbują przekuć ją na strategie dla biznesu. W samych Stanach Zjednoczonych w 2015 roku jeden automat przypada na pięciuset pracowników. Może się to wydawać małą ilością, gdyby nie fakt, że jeszcze dwie dekady proporcja wynosiła 1:2000. Według szacunków obecne na świecie działa od 1,5 do 1,75 miliona robotów przemysłowych, ale ich liczba ma się podwoić w ciągu dziesięciolecia.

Niestety kluczową kwestią dla naukowców, Acemoglu i Restrepo, było pytanie o liczebność maszyn, a nie poprawę wydajności produkcji, która jak wiadomo z badań Ball University ta ostatnia zwiększyła się o ponad 40% w latach 2000 – 2010. Z badań obu ekonomistów wynika, że najwięcej robotów przemysłowych skupia motoryzacja – blisko 40% wszystkich obecnych w Stanach Zjednoczonych, co daje średnią 120 na 1000 zatrudnionych. To rząd wielkości więcej niż kolejne branże: elektroniczna (13/1000) czy chemiczna (10/1000). Aby wyizolować faktyczny wpływ automatyzacji na rynek pracy badacze porównali trendy amerykańskie i europejskie w zakresie ubywania etatów wraz z postępem technologicznym. Dzięki temu odrzucono miejsca pracy przeniesione do tańszych lokalizacji. Stąd uspokajające dane o małym wpływie na zatrudnienie w sektorze.

Wszystko wyglądałoby naprawdę dobrze gdyby nie trzy fakty. Po pierwsze być może producenci europejscy nie przenosili zakładów pracy do dalekiego Meksyku (offshoring), ale w ramach naszego kontynentu transfer fabryki z Holandii, Wielkiej Brytanii czy Niemiec do Polski, na Białoruś czy Słowację (tak zwany nearshoring) daje podobne efekty obniżenia kosztów, a - przy szerokim potraktowaniu rynku europejskiego - te zmiany mogą być niedostrzegalne.

Po drugie – jak wspominałem wcześniej – badania dotyczą lat 1993 – 2007. Tymczasem fala zwolnień dotknęła amerykański rynek już rok później i utrzymała się przez kilka lat. Wielka Recesja, a raczej okres „ożywienia ekonomicznego” jaki po niej nastąpił, charakteryzował się wzrostem gospodarczym, bez zwiększania ilości miejsc pracy. To bardzo istotna kwestia, która musi być brana pod uwagę. Nagle się okazało, że można podwyższyć wydajność produkcji bez konieczności rozszerzania kadry.

I wreszcie trzeci argument. Wiem, że zakłady pracy, a szczególnie hale fabryczne robią wrażenie swoim ogromem. Trzeba tylko pamiętać, że ilość miejsc pracy jaką generują, oscyluje wokół 10% ogółu zatrudnionych. Wyliczanie czy automatyzacja jest w większym czy mniejszym stopniu odpowiedzialna za zmniejszenie liczebności etatów w przemyśle o około 6 milionów - z 18 milionów (1980) do 12 milionów (2015), jest dyskusją raczej akademicką. Prawdziwa fala automatyzacji dotyczy rynku usług, który odpowiada za 80% etatów. Zobaczymy czy postęp technologiczny nadąży z produkcją nowych miejsc pracy, zanim zostaną zastąpione te, które dziś skupiają najwięcej ludzi, jak: administracja, usługi dla biznesu czy handel detaliczny. W tych branżach trwa teraz szukanie rutynowych procedur, których wykonanie można powierzyć automatowi lub sztucznej inteligencji.

Przepowiadanie przyszłości to fascynujące zajęcie i w miarę bezpieczne, chyba, że ktoś postanowi sprawdzić celność proroctwa. W biblii futurystów, książce „The Second Machine Age: Work, Progress, and Prosperity in a Time of Brilliant Technologies”, autorstwa Erika Brynjolfssona oraz Andrew McAfee z 2014 roku, wspominana jest często inna publikacja – panów Levy’ego i Murnane’a z 2004 roku o tytule „The New Division of Labor”. Warto ją polecić wszystkim, którzy myślą, że wiedzą jaki jest postęp technologiczny na podstawie danych historycznych. Otóż autorzy Levy i Murnane proponowali, aby podzielić zajęcia na łatwe do zrobotyzowania i oddać je maszynom, a skupić się na tych, w których maszyny nigdy nie dościgną złożoności ludzkiego umysłu. Pech chciał, że za jeden z kluczowych punktów swojego wywodu wybrali skręcanie w lewo na skrzyżowaniu, która to czynność miała być niedostępna dla maszyny. Warto byłoby zobacz minę obu panów, gdyby już w 2010 mieli okazję przejechać się samochodem autonomicznym Google’a.
Zaprawdę łatwiej jest być analitykiem przepowiadającym przeszłość niż futurystą.

© Wyzwania nowoczesnego świata
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci