Menu

Wyzwania nowoczesnego świata

Idee i zdarzenia ze świata, ginące w zalewie informacji.

Wiara w człowieka

rafal.kinowski

Dla wielu ciężko pracujących ludzi idea bezwarunkowego dochodu podstawowego (BDP), polegająca na przesyłaniu przez rząd obywatelom kwoty potrzebnej na pokrycie podstawowych, miesięcznych kosztów utrzymania, pachnie komunizmem. Pomysł, aby każdemu dawać po równo nie mieści się w głowie osobom, które przywykły do neoliberalnej gospodarki. Wielu przeciwników uważa, że rozdawnictwo publicznych pieniędzy będzie prowadzić do destrukcji społeczeństwa, poprzez zwiększenie ogólnej bezczynności, wiodącej ku wzrostowi bezrobocia oraz pogorszeniu wyników gospodarczych. Trudno nie nazwać tych obaw uzasadnionymi.

W Stanach Zjednoczonych czy Kanadzie, wdrożono szereg programów przeciwdziałania ubóstwu, których podstawowym celem była aktywizacja bezrobotnych. Krytycy BDP uważają, że jego wprowadzenie zniweczyłoby lata starań. Jednak na podstawie dowodów, które naukowcy zgromadzili do tej pory – dzięki licznym eksperymentom z dochodem podstawowym - nie powinniśmy się obawiać masowego porzucania miejsc pracy. Być może poszczególni ludzie zrezygnują ze stałego zatrudnienia, jednak - jak pokazują przykłady – w dłuższej perspektywie może to być korzystne dla społeczeństwa.

Eksperymenty o których wspomniałem powyżej odbywały się dość licznie w latach 60. i 70. XX wieku, zarówno w Stanach Zjednoczonych jak i w Kanadzie. Rządy obu państw chciały wiedzieć, jaki wpływ na zachowanie ludzi – w szczególności ich stosunek do pracy - będzie miało wprowadzenie BDP. W przypadku gospodarstw domowych, w których oboje partnerów pracowało zarobkowo ilość godzin pracy została zredukowana niewiele powyżej 10% tygodniowo. Mężczyźni, główni utrzymujący rodzinę, zmniejszyli swoje obowiązki w dużo mniejszym stopniu niż kobiety, które zazwyczaj przynosiły jedynie dodatkowe pieniądze. Zazwyczaj koncentrowały się one na opiekę nad domem i potomstwem. Również nastolatki mniej chętnie brały na siebie pracę dorywczą, skupiając się bardziej na nauce, co skutkowało wyższym odsetkiem uczniów kończących szkoły średnie.

Może się to wydawać dziwne, że ludzie skuszeni dodatkowym dochodem nie zrezygnowali z zatrudnienia. Część krytyków trafnie zauważy, że powstrzymał ich krótki czas trwania eksperymentu. Jednak to tylko częściowa prawda. Praca to coś więcej niż tylko wypłata. Stanowi o naszym poczuciu godności oraz miejscu w hierarchii. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na szereg czynności, które nie są wynagradzane pieniędzmi, a niosą istotne korzyści społeczeństwu, jako całości. Mam tu na myśli choćby opiekę nad dziećmi czy osobami starszymi. Co więcej, wiele odkryć czy wynalazków, które pchnęły rozwój ludzkości w XVIII czy XIX wieku, zostało dokonane przez osoby, które nie pracowały. Wspomnę w tym miejscu o Darwinie, Kartezjuszu czy Adamie Smith”ie. To, że nie musieli się codziennie martwić jak związać koniec z końcem, dał znacznie więcej pożytku, niż kilka funtów dorzuconych do produktu krajowego brutto. Można na ten temat przeczytać więcej w książce „Freakonomia” Dubnera i Levitta.

Oczywiście można kontrargumentować, że wymienieni przez mnie luminarze, należeli do ludzi majętnych i wykształconych. To prawda, ale tylko częściowa. Po pierwsze szeregu znaczących odkryć w zakresie botaniki dokonali pastorzy anglikańscy, którzy utrzymywali się z mizernych pensji, zapewne podobnych do proponowanych wielkości dochodu podstawowego. Po drugie – w dawnych czasach wyższe wykształcenie było wyjątkowe i podkreślało często status majątkowy. Dziś w większości krajów edukacja, nawet na najwyższym poziomie, jest darmowa lub w poważnym stopniu dotowana. Mamy więc ogromny potencjał ludzki, który może być daleko lepiej wykorzystany, niż do żmudnej pracy zarobkowej, aby domknąć domowy budżet.

Bezwarunkowy dochód podstawowy ma za zadanie dać ludziom bezpieczeństwo ekonomiczne. Wyzwolić ich od codziennej harówki, ośmielić zachęcić do patrzenia dalej, rozpoczynania nowej działalności gospodarczej, bycia innowacyjnym czy otwartym na potrzeby lokalnej społeczności. BDP - w swoim założeniu – ma być zalążkiem nowych idei i wynalazków. Wolność kroczenia ścieżką swoich pasji nie będzie ograniczona tylko do tych, którzy posiadają majątki.

Eksperymenty z BDP przeprowadzane w ubiegłym wieku przekonywały, że ludzie nie mają w sobie genu autodestrukcji i przechodzą na bezrobocie czy popadają w marazm, wraz z otrzymaniem skromnego dochodu. Wielu obserwatorów – w tym ja – z dużą niecierpliwością czekam na pierwsze wyniki badania w Oakland, które ma przeprowadzić Y Combinator. Ciekawe, czy - niemal pół wieku po kanadyjskim Dauphin – dodatkowe pieniądze uwolnią ludzi od codziennej harówki i dadzą im bodziec do zrobienia lepszego użytku ze swoich zdolności.

Na podstawie tego co już wiemy, ludzie objęci dochodem podstawowym przeznaczają więcej czasu swojej rodzinie, edukacji czy aktywności na rzecz lokalnych wspólnot. Nie kwestionując potrzeby pracy – jako fundamentu zdrowego społeczeństwa – może się okazać, że nie każda forma zatrudnienia za pieniądze musi spełniać postulat użyteczności. Miejsce pracy, które zamienia człowieka w białkowy interfejs podłączony do maszyny nie niesie ze sobą żadnej wartości. Być może eksperyment w Oakland pokaże, że istnieją inne, równie ważne sposoby na bycie potrzebnym społeczeństwu, wspierając je w rozwoju, nie wyzbywając się jednocześnie człowieczeństwa. 

 

Przypływ podnosi łódki, ... ale nie wszystkie

rafal.kinowski

Od czasu najgorszej recesji z 2008 roku, po dziś dzień, indyjskie PKB wzrosło o prawie 64%. Niewyobrażalny skok, jak na kraj o tej skali ekonomii. Gospodarka, która rozwija się w tak szaleńczym tempie powinna przynosić jakieś korzyści zatrudnionym. Od 2008 do 2015 roku, według danych Banku Światowego, dochód krajowy na głowę mieszkańca wzrósł z 1 022 do 1 581 dolarów. Niestety, według raportu przygotowanego przez Hay Group, realny wzrost płac w tym samym okresie wyniósł zaledwie 2 promile.

Autorzy badania utrzymują, że winą za zaistniałą sytuację należy obarczyć rządy z New Delhi, które nie dbały o tworzenia wysokowartościowych miejsc pracy. W pierwszej kolejności nie udało się przyciągnąć wystarczającej ilości zagranicznych inwestorów, którzy mogliby wspomóc skok jakościowy na rynku zatrudnienia. Dla porównania w tym samym okresie czasu pensje Meksykanów czy Chińczyków wzrosły o 9 i 10 procent.

Z drugiej strony ambitny plan reform premiera Narendry Modiego (rządzącego od niemal 2 i pół roku), które mają zmierzać do przekształcenia Indii w światowego lidera nowych technologii na bazie rodzimego biznesu, napotyka na trudności legislacyjne (duża liczba potrzebnych aktów prawnych) oraz kadrowe (brak szkolnictwa na odpowiednim poziomie dla potrzebnej rzeszy potencjalnych pracowników). Żeby sobie wyobrazić ogrom planowanych przez rząd przekształceń na rynku pracy, warto przede wszystkim zwrócić uwagę na jego wielkość – 860 milionów zatrudnionych. Znakomitą większość stanowią średnio i nisko wykwalifikowani robotnicy, których pensje - w najlepszym razie - nie zmieniają się.

Jak zaznaczają konsultanci, autorzy raportu, Indie są krajem o ogromnej rozpiętości w zarobkach. Największej spośród krajów rozwijających się i rozwiniętych. Najubożsi zarabiają 30% mniej niż przed recesją, co przy braku ogólnego ruchu płac oznacza, że najbogatsi podnieśli swoje zarobki o 30%.

Jeśli Indie – których szacowana ilość osób w wieku produkcyjnym w połowie XXI wieku będzie największa na świcie, przekraczając 1,1 miliarda – nie zaczną rozwijać inwestycji w sektorach pracochłonnych, mogą pozostać rezerwuarem taniej siły roboczej. Będzie to potencjalnie niebezpieczeństwo dla indyjskiego społeczeństwa i ekonomii. Wzrośnie rozwarstwienie majątków, a jednocześnie kraj wypadnie z wyścigu o najbardziej innowacyjną gospodarkę.

Indie potrzebują szarpnięcia, które wyzwoli ich kraj z zacofania i pchnie na nowe ścieżki rozwoju. Stąd planowane z rozmachem reformy indyjskiej administracji centralnej. W dłuższej perspektywie konkurowanie niskimi kosztami pracy nie przyniesie sukcesu gospodarczego. W sytuacji gdy pojawią się roszczenia płacowe, inwestorzy przeniosą produkcję lub usługi gdzie indziej, lub wprowadzą maszyny – co podniesie poziom bezrobocia. Indyjskie władze zamiast walczyć z innymi państwami o bieżące miejsca pracy, chcą sięgać po te, które zostaną stworzone w przyszłości. Temu mają służyć pomysły na rozwój edukacji zawodowej. Ma to być rozwiązanie, które będzie w stanie w krótkim czasie dostarczyć ręce - a zwłaszcza mózgi - do pracy, sektorom gospodarki, które zgłoszą zapotrzebowanie

Indyjskie plany są ambitne, jednak świat dąży do automatyzacji produkcji i usług. Jestem ciekawy, czy Indie – dzięki obecnym reformom - staną się w przyszłości światowym centrum pracy czy krajem wykształconych frustratów z powodu jej braku.

Patrząc z innej perspektywy, można zobaczyć jak nieprecyzyjne są dane dotyczące wzrostu PKB, nawet liczonego per capita. Z zewnątrz wydaje się, że mieszkańcy Indii powinni czerpać korzyści z niespotykanej dynamiki koniunktury ekonomicznej. Tymczasem przeważająca większość z nich pozostaje uboga. Niech będzie to przestrogą dla tych, którzy wierzą w moc statystyki. Fakt, że wskaźniki prezentują się optymistyczne, nie musi przekładać się na odczucia społeczeństwa.

USA: Wreszcie dobre dane

rafal.kinowski

Nastroje społeczne i gospodarcze utrzymujące się od dłuższego czasu w Stanach Zjednoczonych sugerowały, że – pomimo dobrych danych na temat bezrobocia i wzrostu PKB – sprawy nie idą w dobrym kierunku. Niektórzy analitycy mówili nawet o nawrocie kryzysu finansowego. Polaryzację wzmacnia również wyścig do Białego Domu, w którym Hillary Clinton upiera się, że wszystko w Ameryce jest w porządku i wystarczy pracować ciężej aby osiągnąć sukces, a Donald Trump wieszczy totalną katastrofę, jeśli administracja będzie prowadziła kraj tym samym co dotychczas kursem.

Najnowsze dane, dotyczące zarobków, opublikowane przez Biuro Statystyczne (US Census Bureau - UCB) pokazują, że sytuacja materialna Amerykanów się poprawia. Mediana rocznych dochodów gospodarstwa domowego wzrosła w 2015 roku (w stosunku do 2014) o 2 800 dolarów i wynosi obecnie 56 600. Trzeba przyznać, że skok o 5% to świetny wynik.
Historycznie rzecz ujmując, jest to pierwsza istotna statystycznie zmiana wskaźnika – na plus – od 2007 roku. To doskonała informacja dla Demokratów, gdyż wybory prezydenckie są w pewnej części referendum poparcia dla partii rządzącej, a sprawy gospodarcze mają w nim pierwszorzędne znaczenie. Jeśli wzrost dochodów zostanie zauważony przez klasę średnią, wówczas spadnie poparcie dla kandydata Republikanów.

Oczywiście zeszłoroczne dane, dotyczące dochodów nie muszą być kluczowe. Możemy z nich odczytać, że w 2015 roku amerykańskie rodziny poradziły sobie bardzo dobrze. Dla analityków ważniejsze są tygodniowe informacje z rynku pracy czy bieżące projekcje wzrostu gospodarczego. Przeciętnych wyborców bardziej interesują: stabilność zatrudnienia i zawartość portfela.

Autorzy raportu UCB sugerują, że za wzrostem wynagrodzeń gospodarstw domowych stoi stały przyrost zatrudnienia na etacie. Jeśli trend wzrostowy się utrzyma, za rok, najdalej dwa, poziom zarobków osiągnie szczyty sprzed pęknięcia bańki dot-comów (2000) oraz Wielkiej Recesji (2008). Według prezentowanych danych beneficjentami obecnych wzrostów dochodów są wszystkie grupy społeczne i pokoleniowe, szczególnie zaś ludzie w wieku 25 – 44 lata. Znaczny przyrost zarobków jest dla nich dobrym symptomem, gdyż to oni najbardziej ucierpieli na kryzysie po upadku banku Lehmann Brothers.

Wspominałem już, że kwestie gospodarcze i ich postrzeganie ma istotny wpływ na wyniki wyborów. Daleki jestem od entuzjazmu, bo opublikowanie danej statystycznej – choć bardzo pozytywnej i ważnej – nie zaważy na ogólnym nastroju społecznym. Na pewno nie z dnia na dzień. Zawsze można uznać – i zapewne spora grupa fanów Donalda Trumpa tak zrobi, że lepsze od oczekiwań wskaźniki gospodarcze są wyjątkiem potwierdzającym regułę.
W szerszej perspektywie, gdy weźmie się pod uwagę wszystkie dobre informacje płynące w tym roku z amerykańskiej ekonomii, widać że jej obraz staje się coraz bardziej optymistyczny.

Na Dzikim Zachodzie (prawie) bez zmian

rafal.kinowski

Każdy kto choć raz przeczytał książkę o Indianach wie jak się sprawy miały z rozprzestrzenianiem się osadników. Pierwsi przybysze negocjowali z wodzami zakres ziem, które chcieli mieć na własność w zamian za dary i traktaty o nienaruszalności pozostałych terenów, leżących w gestii szczepu. Kolejni przyjezdni przesuwali granicę, przy czym często dochodziło do krwawych potyczek. W końcu rząd Stanów Zjednoczonych zamknął Indian w rezerwatach, na ziemiach, które dla białych nie przedstawiały większej wartości. Wydawałoby się, że czasy gdy można bezceremonialnie odebrać grunty rdzennym Amerykanom minęły bezpowrotnie.

Tymczasem 10 września sędzia federalny odrzucił wniosek plemienia Standing Rock Sioux o zablokowaniu budowy ropociągu Dakota Access (DA), mającego przebiegać przez indiańskie terytorium.

Proponowany rurociąg DA ma transportować ropę z Dakoty Północnej, przez Dakotę Południową i Iowę, do Illinois. Plemienne Biuro Zachowania Dziedzictwa twierdziło, że lokalne szczepy i narody indiańskie nie zostały poproszone o wyrażenie swojej opinii w ramach konsultacji, wymaganych przez ustawę O Zachowaniu Dziedzictwa Narodowego.

Korpus Inżynieryjny Armii Stanów Zjednoczonych, który pilotuje inwestycję, miał zamiar przeprowadzić ropociąg w pobliżu i pod jeziorem Oahe. Szczep Standing Rock Sioux złożył w lipcu zażalenie do sądu federalnego, twierdząc w nim, że planowana trasa zagraża środowisku oraz gospodarce regionu, a ponadto może zrujnować obszary o szczególnej wartości historycznej, kulturalnej i religijnej, istotnej dla plemienia.

Mimo, że sprawa wydawała się przegrana, na pomoc protestującym ruszyła administracja prezydenta Obamy. We wspólnym komunikacie: Departamentu Sprawiedliwości, Armii Stanów Zjednoczonych oraz Departamentu Spraw Wewnętrznych można przeczytać, że dalsze prace nad ropociągiem zostaną wstrzymane. Armia będzie musiała rozważyć swoje wcześniejsze decyzje o budowie infrastruktury przesyłowej w kontekście zgodności z ustawami Krajowej Polityki Ochrony Środowiska.

Ponadto administracja federalna planuje zaprosić przedstawicieli lokalnych plemion do dyskusji nad reformą podejścia do projektów infrastrukturalnych. Agencje rządowe liczą, że w trakcie negocjacji i spotkań uda się wypracować nowe podejście, które będzie uwzględniało potrzeby rdzennej ludności, a jednocześnie nie hamowało potrzebnych inwestycji.

Dawniej wysłano by karną ekspedycję – najlepiej pod wodzą kandydata na prezydenta, aby przywróciła spokój i porządek, a akcja miałaby szeroką akceptację społeczeństwa. Dziś sympatia zwykłych ludzi stoi po stronie rdzennych Amerykanów, dlatego władze zaproszą Indian i będą ich urabiać, aby podjęli jedynie słuszną decyzję. Można więc powiedzieć, że jest jakiś postęp.

Raport o sztucznej inteligencji

rafal.kinowski

Uniwersytet Stanford uruchomił w 2014 roku projekt badawczy pod nazwą Stuletnie Studia, który miał w swoim założeniu badać długoterminowy wpływ rozwoju sztucznej inteligencji na gospodarkę oraz tkankę społeczną. Pierwotnie raporty miały być publikowane co pięć lat. Jednak postęp prac nad SI zmusił akademików do wcześniejszego ujawnienia swoich prognoz.

Analiza, która ujrzała świtało dzienne na początku września dotyczy perspektywy do 2030 roku. Omawia nie tylko historię SI, ale również stan badań i kierunki rozwoju prac nad wdrożeniem SI w różnych dziedzinach życia, jak samojezdne pojazdy czy roboty chirurgiczne. Dokumenty nie są skierowane jedynie do szeroko rozumianego środowiska naukowego, ale mają zwrócić uwagę decydentów na fakt, że nowe technologie zmienia realia tak dalece, iż obecny stan prawny staje się przeżytkiem. Naukowcy zwracają uwagę, że postęp technologiczny niesie ze sobą niezamierzone konsekwencje dla społeczeństwa: ograniczoną prywatność czy zanikanie miejsc pracy. Krótko mówiąc: postęp będzie miał swoje skutki uboczne.

Niepokoić może konstatacja grona badaczy, iż trudno będzie znaleźć rozwiązanie, które mogłoby normalizować sztuczną inteligencję. Problem leży nie tylko w braku definicji zjawiska, które jest bardzo pojemne. Większość obecnych regulacji prawnych bierze za punkt wyjścia sytuację, w której automaty nie podejmują decyzji. Te przepisy mają się nijak do sytuacji – mogącej zaistnieć w najbliższej przyszłości - gdy roboty będą nas operować, wozić czy udzielać nam porad prawnych. Legislacja już zmienia się w kierunku dopuszczania nowych urządzeń do naszej rzeczywistości, ale nadal pozostaje problem odpowiedzialności za ewentualne błędy maszyny.

Autorzy raportu sugerują, że tworzenie odgórnego, rządowego urzędu, mającego nadzorować prace nad wdrożeniem sztucznej inteligencji jest przedwczesne i może kreować problemy biurokratyczne. Szerokie zastosowanie SI w wielu, często rozbieżnych dziedzinach, w dużej mierze ogranicza stworzenie jednej nadzorczej instytucji, która musiałaby objąć całe spektrum problemu. Pokusili się przy okazji o kilka zaleceń.

Przede wszystkim należy zdefiniować ścieżkę narastania wiedzy technicznej w zakresie SI na wszystkich szczeblach administracji. Usunąć przeszkody w badaniach nad rzetelnością, bezpieczeństwem, prywatnością czy skutkami społecznymi wdrożenia systemów SI. Zwiększyć finansowanie (zarówno prywatne jak i publiczne) dla badań nad oddziaływaniem SI na społeczeństwo.

Odżegnywanie się od potrzeby regulacji, która zakłócała by procesy wdrażania sztucznej inteligencji jest z punktu widzenia opinii publicznej zaskoczeniem. Oczywiście, że naukowcy woleliby pracować bez ograniczeń, ale – niestety – wyniki ich pracy mogą mieć bardzo destrukcyjny wpływ na społeczeństwo. Trudno nie zauważyć, że potrzeby badaczy oraz zwykłych śmiertelników, stają się w tym punkcie rozbieżne.

Sporo miejsca w opracowaniu poświęcono niepewności co do kierunków rozwoju rynku pracy. Niewątpliwie automatyzacja pochłania kolejne zawody, czyniąc je niepotrzebnymi. Jednak trudno przewidzieć, czy w dłuższej perspektywie ucierpią bardziej miejsca pracy wymagającej większej czy mniejszej kwalifikacji. Autorzy widzą, że dalsze panoszenie się sztucznej inteligencji generuje niższą potrzebę na nowe miejsca pracy. Póki co potrzeba osób do obsługi i napraw automatów. Podobnie z maszynami, które mają podejmować decyzje. Pozostawia się im do rozstrzygnięcia prostsze, podczas gdy bardziej skomplikowane leżą w gestii czynnika ludzkiego.

Fakt, że postęp w pracach nad sztuczną inteligencją jest tak szybki, że Stanford postanowił przyśpieszyć publikowanie raportów, świadczy bardziej o potrzebie tworzenia ram działania niż wnioski autorów. Za kilka lat SI będzie obecna w tak wielu branżach, że jej regulacja stanie się niemożliwa. Pozostawienie wszystkiego w gestii badaczy czy koncernów, które będą czerpały zyski z ich odkryć jest niepoważne. Skupione na przychodach i powiększaniu swoich udziałów w rynku korporacje nie będą zainteresowane zakładaniem wędzideł.

© Wyzwania nowoczesnego świata
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci