Menu

Wyzwania nowoczesnego świata

Idee i zdarzenia ze świata, ginące w zalewie informacji.

Smartfon: skuteczna broń przeciwko Amazonowi

rafal.kinowski

Według danych amerykańskiego Departamentu Handlu za rok 2016, wartość sprzedaży detalicznej online wyniosła blisko 400 miliardów dolarów, co stanowi wzrost rok do roku o ponad 15%. Choć wspomniana przed chwilą kwota może przyprawić o zawrót głowy, warto zauważyć, że internet jest odpowiedzialny jedynie za niecałe 12% całego handlu detalicznego.

Tymczasem nastroje w branży są minorowe. Sprzedawcy fizyczni – zarówno potentaci sektora jak Walmart czy Macy’s, ale też małe butiki – boją się przyszłości. Wypracowane przez dziesięciolecia strategie działania wydają się nieadekwatne w stosunku do konkurencji online. Nad całym sektorem – niczym miecz Damoklesa – wisi groźna zmonopolizowania przez Amazona, choć jest on odpowiedzialny jedynie za niecałe 50% z 400 miliardowego tortu (dokładnie 46,4%).

Faktycznie postawy konsumentów się zmieniają. Dzięki zapewnieniu bezproblemowego zwracania towarów zamówionych w sieci i możliwości robienia zakupów przez aplikacje na smartfony, fizyczne sklepy stają się salonem wystawowym. Klient go odwiedza, ogląda towar, wybiera potrzebny model, a następnie wyszukuje najlepszą ofertę w sieci i składa zamówienie online z dostawą do domu.

Kolejnym ciosem dla fizycznych sprzedawców jest rosnący udział sprzedaży za pośrednictwem urządzeń mobilnych w trakcie sezonów wyprzedaży. W tych wyjątkowym momentach w roku, detaliści liczą na olbrzymie obroty i na pozbycie się zalegającego towaru. Tymczasem gdy zakupy zaczęły krążyć na linii: producent – magazyn – klient (z pomięciem sklepów) wielu detalistów musiało złożyć broń. Początek bieżącego roku stał pod znakiem bankructw oraz ograniczania ilości lokalizacji. Ulegli najwięksi: Macy’s, Sears, K-Mart czy JCPenny. Olbrzymie centra handlowe – symbol amerykańskiej prosperity – zaczęły pustoszeć. Coraz częściej zaczęto mówić o załamaniu sektora handlu detalicznego.

Tymczasem według raportu firmy L2 Gartner, zajmującej się wywiadem gospodarczym i specjalizującej się w handlu detalicznym, wielkie domy towarowe - czy mniejsze butiki - mają znaczną przewagę nad konkurencją internetową. W arsenale detalistów jest cały szereg trików, mogących zwabić kupujących do swoich sklepów, a które są niedostępne nawet dla największych potentatów handlu online, jak Amazon.

Detaliści mogą przyciągać i utrzymywać klientów organizując specjalne wydarzenia tematyczne, zapewniając wyjątkową opiekę podczas wybierania produktów czy w trakcie sprzedaży, oferować możliwość zamawiania online i odbierania zakupów w sklepie, aż wreszcie udzielać jednorazowych rabatów. Problem polega na tym, że fizyczne sklepy często nie wykorzystują potencjału, jakim jest osobisty i bezpośredni kontakt z klientem. Na dodatek nie potrafią zastosować nowoczesnych technologii do pozyskania klientów online, ani do przekonania ich do zrobienia zakupów.

Raport L2 Gartner, analizujący zachowania konsumentów, zwraca uwagę, że aż 64% klientów byłoby skłonne zrobić zakupy w fizycznym sklepie, gdyby dostała wyjątkowy upust. Nikt nie zabrania detalistom na kopiowanie zachowań Amazona, w zakresie obsługi kupujących. Podstawowymi cechami programu Amazon Prime są: przejrzystość oferty, zapewnienie iż informacja o produkcie jest rzetelna, nagradzanie za lojalność oraz oferowanie zniżek dla ponawiających zakupy. Tymczasem jedynie 18% badanych przez L2 Gartner sprzedawców oferowała upusty za odbiór zamówionego towaru w sklepie.

Jak przekonuje Anindya Ghose, wykładowca Stern School of Business z New York University (gość konferencji Master & Robots), fizyczni sprzedawcy mają dużo więcej do powiedzenia dzięki nowoczesnym technologiom, niż handlowcy online. I wcale nie chodzi o natychmiastowe inwestowanie w sklepy internetowe czy aplikacje mobilne. Wystarczy wykorzystać fakt, że klienci nie rozstają się ze swoim telefonem.

Z analiz Ghose’a, dotyczących struktury budżetów reklamowych detalistów, wynika że większość z nich przecenia zasięg oddziaływania mediów drukowanych – tylko 4% konsumentów czerpie z nich informacje, a nakłady reklamowe wynoszą 12% - i niedocenia smartfonów - odpowiednio 28% i 21%.

Tymczasem telefon jest potężnym narzędziem. Posiadacz smartfona praktycznie się z nim nie rozstaje. Ma go cały czas przy sobie oraz – co ważne rzadko się nim dzieli z innymi użytkownikami. Wystarczy popatrzeć na zachowanie ludzi, korzystających z komunikacji miejskiej, aby docenić siłę z jaką mały ekran jest w stanie skupić uwagę swojego właściciela.

Oczywiście mogło by to być przewagą sprzedawców online, gdyż jadący w tłoku użytkownicy wydają się być idealnymi klientami sklepów internetowych czy dostawców jedzenia. Ale niekoniecznie.

W trakcie przemieszczania się po mieście, każdemu z nas można przypisać zindywidualizowaną ścieżkę, którą rysujemy – często zupełnie nieświadomie. Schemat poruszania się daje fizycznym sprzedawcom szansę na zaoferowanie usług tu i teraz, podczas drogi z lub do pracy. Dzięki obecnym możliwościom lokalizowania dokładnego położenia telefonu (z tolerancją do kilku kroków) sprzedawcy fizyczni mają w zasięgu ręki nieprawdopodobnie użyteczne informacje.

Zdaniem Ghose’a to samo dotyczy sklepów w galeriach handlowych. Wystarczy udostępnić zwiedzającym darmowe wi-fi, aby móc śledzić każdy ich krok, nawet pomiędzy półkami w supermarkecie czy towarem wyłożonym na półkach w butiku. Niestety zbyt często udostępnieniu sygnału towarzyszy konieczność podania danych osobowych, co odstrasza ludzi, którzy cenią sobie anonimowość – nawet gdy jest ona pozorna.

Wracając jednak do meritum. Znając dokładne położenie potencjalnego klienta, który – na przykład - właśnie przygląda się stojakowi ze spodniami, dużo łatwiej jest mu zaoferować ”wyjątkowy” rabat, który obowiązuje tylko dziś, i tylko w wyznaczonym sklepie. Jest to rodzaj promocji, która nie jest dostępna z poziomu detalistów internetowych.

L2 Gartner oraz Anindya Ghose uważają, że fizyczni detaliści nie tylko nie stoją na przegranej pozycji w walce z internetową konkurencją, ale wręcz przeciwnie, to oni mogą – wykorzystując zdobycze technologiczne - poznać potrzeby klientów i lepiej je zaspokoić. Warunkiem koniecznym jest pozbycie się starych nawyków handlowych i skuteczne nauczenie się korzystania z nowych.

I jeszcze jedna uwaga na koniec. Według Ghose’a ważne jest odpowiednie traktowanie konsumenta. Jak wspomniałem już wyżej, ludzie cenią sobie anonimowość. Nawet jeśli badania wykazują, że za kawałek darmowej pizzy podadzą własny adres mailowy (nie mówiąc już o adresach znajomych). Bombardowanie ich do co chwila informacjami o rabatach i specjalnych okazjach, gdziekolwiek odwrócą głowę, wzmocni w nich poczucie osaczenia. Wówczas z zakupów nici. Recepta na sukces brzmi: nowe technologie i umiar. Tylko czy te dwie kwestie idą ze sobą w parze?

Chiny w Afryce: inwestycje, ale nie praca

rafal.kinowski

Chiny rozpychają się w Afryce już od blisko dwóch dekad, ale ocena działań Państwa Środka na Czarnym Lądzie nie jest jednoznaczna.

Z jednej strony Chiny chwalą się modernizacją kontynentu i inwestycjami w infrastrukturę, na skalę, która nie była wcześniej w Afryce widziana. Ponadto wiele państw docenia chińską drogę przemian społecznych: wolny rynek bez koniecznych wyrzeczeń na rzecz demokracji.

Jednak z drugiej strony, Chiny są krytykowane za degradację środowiska naturalnego czy tworzenie własnych enklaw, gdyż wielkie budowy są zazwyczaj obsługiwane przez chińskich pracowników, ściąganych przez państwowe przedsiębiorstwa do Afryki. Mimo olbrzymich nakładów inwestycyjnych i niewątpliwych – późniejszych - korzyści dla danego kraju, industrializacja i modernizacja nie niosą za sobą nowych, trwałych miejsc pracy. Te przyjeżdżają i odjeżdżają z chińskimi robotnikami.

Do podobnych wniosków doszło dwóch naukowców, Tim Wegenast i Georg Struver, reprezentujących Niemiecki Instytut Badań Globalnych i Regionalnych, analizując nastroje społeczne w 38-miu krajach, w których aktywne są chińskie spółki wydobywcze.

Pozyskiwanie surowców mineralnych jest tak samo ważne dla Chińczyków, jak wcześniej było istotne dla krajów kolonialnych. Aż jedna trzecia środków inwestowanych przez Państwo Środka w Afryce, w latach 2005–16, trafiała do sektora wydobywczego. Różnica polegała jedynie na tym, że Europejczycy brali co chcieli, a następnie najkrótszą możliwą drogą wywozili kopaliny do siebie. Podczas gdy Chińczycy - chcąc pozostawić po sobie lepsze wrażenie - nie tylko budują niezbędną na danym obszarze infrastrukturę, ale też inwestują w zakłady przemysłowe, przetwarzające wydobywane surowce na miejscu.

Tak więc, z jednej strony, mieszkańcy regionów, w których aktywni są chińscy inwestorzy, chwalą sobie nowoczesną infrastrukturę, jak nowoczesne drogi czy wodociągi. Z drugiej – są wściekli, gdyż Chińczycy przejęli często jedyne w okolicy miejsca pracy i nie chcą zatrudniać lokalnej siły roboczej, chyba że do najniżej płatnych zajęć.

Można powiedzieć, że niemieckie rewelacje nie odkrywają niczego nowego, a jedynie potwierdzają dobrze już znane prawdy. Analizy towarzyszące wcześniejszym badaniom - zarówno firmy Afrobarometer czy US AID Demographic Health Survey, pokazywały, że bezrobocie na obszarach dużych inwestycji zagranicznych jest wyższe, gdy odbywają się one pod flagą chińską. Okazuje się, że dobre drogi czy dostęp do czystej wody, to nie jedyne marzenia przeciętnych Afrykanów. Oczywiście dobrze jest je mieć, ale ważniejsze są stabilne miejsca pracy.

Tymczasem poleganie jedynie na swoich podwykonawcach i robotnikach, być może zabezpiecza ważne dla Chińczyków interesy, ale niestety buduje anty-chińskie nastroje wśród lokalnych społeczności. Jest to istotna wada, kładąca się cieniem na rosnącej popularności Chin w Afryce.

Koniec branży motoryzacyjnej ... jaką znamy

rafal.kinowski

Na portalu Automotive News, ukazał się bardzo ciekawy artykuł Boba Lutza, byłego prezesa General Motors, na temat przyszłości rynku motoryzacyjnego. Lutz rozpoczął swoją karierę w 1963 roku w GM. Następnie piął się po szczeblach korporacyjnych w Fordzie, Chrystlerze, aby na koniec spocząć w fotelu dyrektora zarządzającego GM. Swoją przygodę z biznesem motoryzacyjnym zakończył w 2010 roku, po niemal półwieczu spędzonym w jednym z najszybciej rozwijających się sektorów gospodarki.

Obecnie Lutz jest niezmiernie krytycznie nastawiony do swojej macierzystej branży. Uważa on, że zbliżamy się do jej końca, przynajmniej w takim zakresie, w jakim działa ona obecnie. Były prezes GM wieszczy, że pojawienie się pierwszych komercyjnych pojazdów autonomicznych, zmienią sposób w jaki konsumenci postrzegają samochód. Lutz sądzi, że w ciągu 5-ciu lat samojazdy zdominują transport publiczny, stając się alternatywą, dla obecnych środków transportu. Zaś w ciągu dwóch dekad spowodują, że samochody kierowane przez ludzi nie będą mogły poruszać się po drogach publicznych.

Dzisiejsze samochody trafią więc na złom, ale konsumenci nie będą sięgać po nowe pojazdy, gdyż zmieni się filozofia podróżowania. Będzie ona – zdaniem Lutza – bliższa dzisiejszemu korzystaniu z taksówek, czy usług przewoźników typy Uber czy Lyft. Żaden z podróżnych nie jest przecież właścicielem pojazdu, który zamawia, a jednak bez przeszkód może się przemieścić z punktu A do punktu B. Stanem końcowym ma być w pełni automatyczny moduł, który zamówiony przewiezie chętnych do wyznaczonego celu, bez możliwości kierowania pojazdem przez człowieka.

Lutz uważa, że kontrolę nad branżą motoryzacyjną przejmą firmy technologiczne, pokroju Google’a, Apple’a czy od biedy Ubera. Faktyczni producenci samochodów zostaną zepchnięci w cień, a tym samym stracą swoją obecną wartość. Staną raczej tym czym jest Foxxcon dla Apple’a. Będą dostarczać półprodukty, które następnie firmy technologiczne będą „uzbrajały” w swoje gadżety, aby stały się w pełni funkcjonalne.

Będzie to miało oczywiście olbrzymi wpływ na kształt branży. Nie chodzi o same montażownie, czy producentów podzespołów. Głęboka transformacja – a raczej likwidacja – czeka rozbudowane sieci dystrybucyjne.

Gros pieniędzy ze sprzedaży pojazdów autonomicznych pójdzie do kieszeni spółek technologicznych, zaś obecna branża motoryzacyjna będzie konkurować kosztami, aby zyskać - podtrzymujący jej życie gospodarcze - kontrakt na dostawę „surowego” pojazdu.

Poglądów, podobnych do tych wyrażanych przez Lutza, jest więcej. Kalifornijski think tank, RethinkX, również uważa że od 2030 roku, pojazdy autonomiczne będą odpowiadały za prawie wszystkie podróże samochodowe. Korzyści są oczywiste: niższe koszty utrzymania, mniejsze zużycie paliwa, zdolność do pracy non-stop czy znikoma wypadkowość (dzięki likwidacji zawodnego czynnik ludzkiego). ReThinkX bardziej niż na przejazdach osób prywatnych skupia się na rynku transportowym. Przedstawiciele think tanku sądzą, że oszczędności generowane przez pojazd autonomiczne zostaną od razu dostrzeżone i wykorzystane przez firmy spedycyjne typu DHL, FedEx czy UPS, co natychmiast przełoży się na gwałtowną transformację branży.

Nie trzeba brać wszystkiego, co mówi podstarzały prezes, za dobrą monetę. Już wcześniej potrafił wielokrotnie głosić ryzykowne tezy. Udało mu się barwnie porównać globalne ocieplenie do „totalnej kupy gówna”, jak również skrytykować perspektywy popytu na samochody elektryczny Tesli, tuż przed tym, jak Elon Musk ogłosił początek zamówień na Model 3. Jednym zdaniem, Bobowi Lutzowi zdarza się czasem solidnie pomylić. I – optymistycznie kończąc – tego się trzymajmy.

Globalny Indeks (NIE)Równości

rafal.kinowski

W 2006 roku Światowe Forum Ekonomiczne (The World Economic Forum) podjęło decyzję o monitorowaniu państw pod względem różnic pomiędzy kobietami i mężczyznami.

Dane do Globalnego Indeksu Luki Pomiędzy Płciami (Global Geneder Gap Index - GGGI) są zbierane obecnie w 144 krajach. Badanie bierze pod uwagę cztery kryteria: dostęp do edukacji, siłę polityczną, poziom zdrowia oraz potencjał ekonomiczny. Część informacji, wykorzystywanych do skonstruowania GGGI pochodzi z własnych (przeprowadzanych przez ŚFE) sondaży. Inne dostarczają organizacje zewnętrzne takie jak, Międzynarodowa Organizacja Pracy (International Labour Organization) czy Organizacja Narodów Zjednoczonych.

Po przydługim wstępie przejdźmy do meritum, czyli wartości indeksu. Nie będę trzymał dłużej w niepewności. Obecny poziom GGGI wynosi 68%. Oznacza to, że do zrównania obu płci trzeba pokonać brakujące 32%. Problem polega tylko na tym, że po raz pierwszy od 2006 roku, wskaźnik Luki się zwiększył w porównaniu z wynikami poprzedniego roku.

Podałem kilka liczb, a teraz pora na krótkie wytłumaczenie co z nich wynika. Jak wspomniałem GGGI jest budowany na czterech kryteriach. W obszarach, takich jak edukacja czy poziom zdrowia widać zasadniczy brak różnic pomiędzy płciami. Panie mają niemal identyczny jak panowie dostęp do zdobywania wiedzy (95%) oraz do ochrony zdrowia (96%). W przypadku potencjału ekonomicznego droga do zrównania płci jest daleka – zaledwie 58% zrównania, ale to i tak nic w porównaniu z siłą polityczną, której poziom równości wynosi 23%.

Według mnie najistotniejsza – choć mniejsza - jest luka ekonomiczna pomiędzy płciami. Bez niezależności ekonomicznej trudno jest budować samodzielność. Bez zrównania zarobków nie ma mowy o równym traktowaniu kobiet na rynku pracy. Mimo, że kraje europejskie mają spore osiągnięcia w niwelowaniu rozpiętości dochodów pomiędzy płciami (Słowenia 80%, Norwega 79%, Szwecja 78,5%), to jednak są one marginesem globalnego rynku pracy.

Ponadto na kryterium równości ekonomicznej wpływają też inne czynniki, niż równy poziom płac. Niezmiernie ważna jest partycypacja w sile roboczej. Według danych z Banku Światowego za rok 2016, średnio na 100 zatrudnionych mężczyzn pracowało nieco miej niż 50 kobiet, a tendencja spadkowa jest widoczna od początku prowadzenia analiz, czyli od roku 1990 (wówczas pracę miały 52 panie). Na dodatek kobiety bardzo często wykonują zajęcia darmowe jak: opieka nad dziećmi, osobami starszymi czy gospodarstwem domowym. Także sektory gospodarki, zdominowane przez panie, charakteryzują się niższymi przeciętnymi zarobkami. Wszystkie te czynniki zsumowane razem dają bardzo przygnębiający obraz. Według wyliczeń autorów tegorocznego raportu do pełnego zrównania ekonomicznego płci, przy obecnej dynamice, dojdzie za 217 lat.

Pisałem wielokrotnie, że trzymanie połowy światowej populacji z dala od pracy, nie tylko podsyca nierówności, ale jest ekonomicznie nieopłacalne. Zamknięcie luki pomiędzy płciami nie tylko doprowadzi do postępu społecznego, ale również przyczyni się do wzrostu gospodarczego. Samo zniwelowanie luki ekonomicznej dałoby Stanom Zjednoczonym stały wzrost PKB o 1,75 biliona dolarów. Z kolei Chiny mogłyby liczyć nawet na 2,5 biliona dolarów. W kontekście całego świata wzrost Produktu Krajowego Brutto mógłby wynieść blisko 5,5 biliona dolarów.

Wraz z zamknięciem luki ekonomicznej, będzie możliwa szybsza likwidacja nierówności w sile politycznej. Nie od dziś wiadomo, że osoby bogate, niezależne finansowo, mają niewspółmiernie większy wpływ na życie polityczne i społeczne. Wartość majątku staje się od razu ważną kartą przetargową, pozwala na łatwiejsze pozyskanie stronników i forsowanie własnej wizji świata. Ukryte za plecami swoich zamożnych partnerów panie mają niewątpliwie istotny wpływ na politykę, ale to nic w porównaniu z możliwością mówienia własnym głosem.  

Link do raportu ŚFE.

CSR: blaski i cienie

rafal.kinowski

Bodźcem do napisania tego artykułu był występ Susan McPherson na temat „Nowej ery Społecznej Odpowiedzialności Biznesu” na konferencji Masters&Robots, która odbywała się w Warszawie w dniach 26-27 października.

Społeczna Odpowiedzialność Biznesu (SOB), znana też jako CSR (Corporate Social Responsibility) zakłada, że przedsiębiorstwa w swej strategii biznesowej będą uwzględniały ważne interesy społeczne i środowiskowe, budując silniejsze relacje z szeroko pojmowaną grupą interesariuszy.

Wikipedia, tłumacząc zjawisko SOB, sięga do historii bogatych przedsiębiorców XIX wieku, którzy - budując swoje imperia gospodarcze - pełnili także ważna dla społeczeństwa funkcję charytatywną, fundując szpitale, biblioteki czy stypendia. Przełomem były lata Wielkiej Depresji (czyli kryzysu z przełomu lat 20-tych i 30-tych XX wieku). Wówczas sprawy społeczne stają się już domeną państwa, a nie grupy filantropów. Z kolei w latach 60-tych, na fali protestów społecznych przeciwko działalności przedsiębiorstw, które - nastawione na zyski - nie uwzględniają interesów lokalnych społeczności, datuje się powstanie SOBu w kształcie, który znamy obecnie.

Oczywiście można postrzegać działalność w ramach Społecznej Odpowiedzialności Biznesu za filantropię, idącą z odruchu serca bogatych właścicieli i kadry zarządzającej. Przedsiębiorstwa lubią o sobie mówić, że kierują się Wartościami. Wynika to z prostego działania logicznego: ludzie kierują się wartościami, przedsiębiorstwa są tworzone przez ludzi, a więc – przedsiębiorstwa mają Wartości (specjalnie przez duże W).

Tymczasem rzeczywistość była - i jest - dużo bardziej prozaiczna. Korporacje zmęczone atakami aktywistów lat 60-tych i 70-tych (podobno aż 70% spółek ze świata zachodniego doświadczyło wówczas protestów społecznych) postanowiły zagospodarować obszar, podkopujących stabilność działalności. W ten sposób Społeczna Odpowiedzialność Biznesu trafiła do strategii biznesowych korporacji.

Trzeba sobie jasno powiedzieć, że organizacje gospodarcze zajmują się SOBem, gdyż im się to opłaca. Oto dwa przykłady z raportu Cone Communication z 2017 roku:
- 87% obywateli Stanów Zjednoczonych zakupiłoby produkt, ponieważ firma ta stanęła na rzecz lub popierała kwestię, które jest im bliska,
- 76% Amerykanów odmawia kupowania produktów lub usług od organizacji, które nie popierają ważnych dla nich przekonań (lub wspierają przeciwne).

Susan McPherson podparła się w swoim wystąpieniu jeszcze ciekawszymi statystykami. Wynika z nich, że:
- 85% klientów szuka produktów lub usług, których dostawcy są odpowiedzialni społecznie,
- 55% byłoby w stanie zapłacić za takie produkty i usługi więcej,
- 67% respondentów chciałoby pracować dla organizacji, której jest bliska SOB.

Organizacja Narodów Zjednoczonych, która chętnie współpracuje z korporacjami by naprawiać świat wyznaczyła listę celów, w których przedsiębiorstwa mogłyby wspierać rządy oraz organizacje poza rządowe. Najważniejsze z nich to: ochrona praw człowieka, zniesienie pracy dzieci oraz niewolnictwa, walka z dyskryminacją w miejscu pracy, ochrona środowiska naturalnego czy przeciwdziałanie korupcji. Amerykańscy konsumenci dodają jeszcze kilka własnych postulatów, jak: wzrost miejsc pracy, równość rasowa czy prawa kobiet.

Zasadniczo zgadzam się z celami ONZ i uważam, że każda działalność, czy to administracji państwowej, biznesu czy NGOsów, która ma poprawić nasz świat - jest warta wsparcia. Zanim jednak wpadniemy zachwyt, jak wspaniale udaje się wszystkich zorganizować do osiągania bliskich naszemu sercu ideałów, chciałbym zwrócić uwagę na kilka – moim zdaniem niepokojących - faktów.

78% amerykańskich respondentów chce, aby przedsiębiorstwa zajęły się ważnymi kwestiami sprawiedliwości społecznej, a 63% ma nadzieję, że firmy przejmą prowadzenie w kierunku zmian społecznych i środowiskowych, jeśli zabraknie regulacji rządowych.

Pisałem już o dwóch wydarzeniach, do jakich doszło w Stanach Zjednoczonych. W pierwszym przypadku korporacja Disneya wspierała przeciwników ustawy o „wolności religijnej” w Georgii. W drugim PayPal zorganizował ruch społeczny w obronie osób transpłciowych w Karolinie.

Siła rażenia protestów obywatelskich została spotęgowany przez korporacje, co spowodowało zmianę nastawienia administracji stanowej i odstąpienie od forsowania niewygodnych przepisów. Postulat, aby organizacje biznesowe wspierały ważne kwestie społeczne, został spełniony. Biznes wzmocnił głos społeczności lokalnej i działał zgodnie z głosem opinii publicznej.

Zasadne pozostaje pytanie o granice zaangażowania. Kto będzie rozliczać przedsiębiorstwa z misji wspierania ważnych dla społeczeństwa kwestii? W przypadku polityków możemy ich odwołać ze stanowiska przy okazji wyborów. Jaka jest społeczna procedura usuwania prezesów czy członków zarządu lub rady nadzorczej, którzy będą działali na szkodę lokalnej społeczności? Czy wystarczy zwykły bojkot produktów lub usług?

Warto zwrócić uwagę, że póki co żyjemy w świcie, w którym obowiązuje Pax Americana. Jednak pozycja Stanów Zjednoczonych, jako największej potęgi gospodarczej, chwieje się w posadach. Międzynarodowe korporacje coraz częściej schlebiają gustom nowych klientów z Chin, Korei czy Indii. Nie trudno zauważyć, że system wartości państw azjatyckich jest nieco odmienny od naszego, przypisywanego cywilizacji zachodniej. Być może w przyszłości korporacje w ramach SOBu będą chętniej reprezentowały postulaty opinii publicznej o innej - niż nasza - optyce. Co się stanie gdy firma silnie zaangażowana na rynku południowo-wschodniej Azji, będzie działać przeciwko interesom społeczności lokalnej w Stanach Zjednoczonych czy Europie, z obawy przed utratą intratnych kontraktów azjatyckich?

Poglądy humanistyczne są cechą charakterystyczną dla cywilizacji Zachodu. Pozostałe kultury mogą zazdrościć nam poziomu rozwoju, ale nie muszą podzielać naszego punktu widzenia, ani ślepo naśladować naszego stylu życia. Przyzwyczailiśmy się przyjmować za pewnik paradygmat, w myśl którego podstawą dobrobytu jest wsparcie wolnego rynku, prowadzące do demokracji i przestrzegania praw człowieka. Żadna z tych idei nie jest popularna w Chinach, nadających obecnie ton przemianom gospodarczym i społecznym nie tylko w Azji, ale też w Afryce.

© Wyzwania nowoczesnego świata
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci