Menu

Wyzwania nowoczesnego świata

Idee i zdarzenia ze świata, ginące w zalewie informacji.

Wyższe wykształcenie nie da pracy

rafal.kinowski

 

Wyniki gospodarki Stanów Zjednoczonych nie odzwierciedlają ciężkiej pracy banku centralnego, utrzymującego niskie stopy procentowe i pompującego dolary na rynek. Po obsunięciu się w IV kwartale 2015 roku dynamiki PKB z 2% do 0,9% cały czas widać stagnację. Ostatni kwartał zakończył się wzrostem o 1,2% - skromnym, ale bardzo odpowiednim dla tak olbrzymiej ekonomii, jak amerykańska. Problem polega na tym, że wielka machina zaprzęgnięta do dźwignięcia giganta po Wielkiej Recesji wytraca impet, a politycy, inwestorzy i komentatorzy rynkowi woleliby – szczególnie w roku kampanii wyborczej - widzieć lepsze wyniki. Wszyscy oczekują bezpiecznego tempa na poziomie 3%, które przez lata gwarantowało dobrobyt. Istnieją poważne obawy, że niski poziom rozwoju może uwypuklić wszystkie wady przyjętego przez władze amerykańskiego modelu wspierania gospodarki.

Okazuje się, że strukturalne spowolnienie wzrostu gospodarczego może mieć swoje źródło w kurczeniu się siły roboczej, zarówno z powodu starzenia się społeczeństwa, jak i redukcji etatów. W dawnych, lepszych czasach można było kompensować mniejszą liczbę   pracowników poprzez poprawę ich jakości – czyli wysyłanie na studia wyższe. Jednak według wyników analiz Narodowego Biura Badań Ekonomicznych z lipca tego roku, obecny poziom wykształcenia nowych pracowników jest już na tak wysokim poziomie, że przestanie on mieć wpływ na wzrost amerykańskiej gospodarki.

W dzisiejszych czasach można uznać, że są trzy podstawowe czynniki, które determinują wzrost gospodarczy: kapitał (sprzęt i maszyny), praca (ilość i jakość siły roboczej) oraz technologia (dawniej ziemia). Zwiększanie, któregokolwiek z nich wspiera rozwój, ale tylko do pewnego stopnia.

Łatwo podnieść efektywność pracy dostarczając zatrudnionym coraz lepszych, wydajniejszych maszyn. Jednak nie można tego robić w nieskończoność. Wraz z rozwojem gospodarczym i zwiększeniem zatrudnienia dochodzi się do punktu, gdy nie ma już kogo zatrudnić, a obecnie pracujący nie są w stanie obsłużyć kolejnej maszyny. W ten sposób wyczerpują się czynniki proste, co widać doskonale na przykładzie drogi, jaką przeszła gospodarka Chin.

Szansą na kontynuowanie wzrostu jest edukacja siły roboczej oraz rozwój technologiczny, który pozwoli na bardziej zautomatyzowanie korzystanie z parku maszynowego. Istotnym elementem, wpływającym na boom ekonomiczny Stanów Zjednoczonych po II Wojnie Światowej, było zwiększenie się liczby osób, które poszły do college’ów. Jednak w świetle odkryć NBBE obecna sytuacja na rynku pracy powoduje, że zatrudnianie kolejnych pracowników z wyższym wykształceniem nie będzie już miało znaczącego wpływu na dalszy wzrost gospodarczy. Faktycznym kłopotem amerykańskiej ekonomii – według badań naukowców Uniwersytetu Harvard: Dale’a Jorgensona, Mun Ho i Jona Samuelsa – jest niska aktywność zawodowa, która jest skutkiem Wielkiej Recesji oraz obecnej mody, aby zatrudniać na kontrakty, zamiast na umowy o pracę.

Większość młodych ludzi, którzy wypadli z rynku pracy nie posiada wykształcenia. Gdyby ich zaktywizować zawodowo, gospodarka amerykańska mogłaby bez trudu – zdaniem uczonych z Harvardu – podnieść PKB o 2,5% rocznie. Kusząca perspektywa, ale kluczowe zostaje kwestia jak - w dobie automatyzacji i globalizacji - znaleźć miejsca pracy dla mniej wykwalifikowanych pracowników.

Edukacja nie jest już najbardziej efektywną opcją. Według szacunków harwardzkich naukowców, mimo dobrych doświadczeń z przeszłości z podnoszeniem kwalifikacji i kompetencji pracowników, ten trik ponownie nie zadziała, gdyż gospodarka USA ma już wszystkich wykształconych pracowników jakich potrzebuje. Jorgenson i koledzy sugerują, że lepszym rozwiązaniem jest ożywienie wzrostu gospodarczego co spowoduje, że nisko wykwalifikowani obywatele wrócą na rynek pracy.

I tu - pozornie - koło się zamyka, bo właśnie dane dotyczące dynamiki PKB za trzy ostatnie kwartały pokazują, że gospodarka zmierza w kierunku stagnacji. Aby przeciąć błędne koło potrzeba czyjejś interwencji w samodzielne działania ekonomii i w tym miejscu na scenie pojawiają się politycy, którzy chcą zaktywizować szersze masy siły roboczej poprzez podnoszenie płacy minimalnej. Rozwiązanie jest dobre, ale niestety krótkotrwałe, gdyż w dłuższej perspektywie bardziej opłacalne będzie wykorzystanie robotów, niż nisko wykwalifikowanych pracowników z dużymi pensjami.

W związku z tym, aby uciec przed jeszcze większymi problemami w przyszłości, trzeba – według badaczy z Harvardu – pobudzić inwestycje ukierunkowane na badania i rozwój, co pociągnie za sobą zwiększanie nakładów na IT oraz nowe, bardziej zaawansowane maszyny. Warto odnotować, że zaangażowanie kapitałowe w nowe projekty inwestycyjne nie powróciło do swojego poziomu sprzed Wielkiej Recesji. Jorgenson przewiduje, że ulgi oraz zachęty podatkowe nadadzą gospodarce odpowiedniego tempa rozwoju, co pociągnie za sobą bardziej stabilne zapotrzebowanie na pracowników o różnym poziomie wykształcenia i kwalifikacji. Istnieje duża szansa, że pozytywny bodziec nadany amerykańskiej ekonomii pozwoli na otworzenie nowych segmentów rynku, co da perspektywę zatrudnienia ludziom, których dotychczasowe miejsca pracy będą zastępowane przez automaty.

Inicjatywa jest szczytna, pytanie czy uda się ją uruchomić. Najistotniejsza jest problem zmotywowania firm, aby rozpoczęły inwestycje nakierowane na wzrost zatrudnienia i podnoszenie kapitałochłonności. Z badań Christensena i van Bevera - opublikowanych w Harvard Business Review w 2014 roku pod dużo mówiącym tytułem „Dylematy kapitalisty” –wynika, że po Wielkiej Recesji nakłady finansowe korporacji na innowacje szły w kierunku zmniejszania kosztów produkcji (co pociągało za sobą ograniczanie miejsc pracy). Innym ewentualnym celem było proste zastępowanie przestarzałych produktów nowymi, co również nie generuje przyrostu zapotrzebowania na pracowników. Producenci skupili się na podnoszeniu efektywności oraz wyników finansowych, a nie na tworzenie nowych rynków i szukanie klientów. Gdyby przedsiębiorstwa miały spełniać bardzo konkretne potrzeby krajowej gospodarki, która potrzebuje nowych miejsc pracy i większej liczby zatrudnionych rząd musi zachęcić właścicieli do działania, pilnując jednocześnie, aby inwestycje nie odnosiły przeciwnego skutku do zamierzonego.

Kapitał będzie nadal kluczowym czynnikiem odpowiedzialnym za wzrost gospodarczy. Trzeba go jednak pobudzić do działania. Brak zachęt dla korporacji do inwestycji będzie skutkował odkładaniem pieniędzy na rachunkach lub skupowaniem aktywów w celu utrzymania ich wartości. Z drugiej strony kandydaci do Białego Domu - świadomi rosnących nierówności społecznych - są bardziej skłonni do podwyższania podatków. Forsowanie nowych zachęt fiskalnych dla przedsiębiorstw może być bardzo źle widziane przez elektorat obu pretendentów. Paradoksalnie poczynania, które mogą rozbudzić tężejącą gospodarkę mają fatalne publicity.

Z badań naukowców z Harvardu wynika, że wyższe nakłady na podniesienie kwalifikacji czy wykształcenia nie przełożą się na zmniejszania dysproporcji w rozwarstwionym amerykańskim społeczeństwie. Przeciwnie – wraz z rosnącymi kosztami studiów - mogą się stać kolejną finansową pułapką, w postaci zaciągniętych kredytów.

Dobrze wyedukowani obywatele, którzy nie mogą znaleźć pracy odpowiadającej ich aspiracjom, kompetencjom i potrzebom finansowym, to koszmar każdego systemu politycznego i idealny przepis na przepiękną katastrofę.

Czyżby dalsza automatyzacja sklepów

rafal.kinowski

Prawdopodobnie wszyscy się przyzwyczaili do samoobsługowych kas w supermarketach. Jednak automatyzacja handlu może pójść dużo dalej. Mogą się o tym przekonać klienci sklepu spożywczego w małym szwedzkim miasteczku Viken (blisko 5 000 mieszkańców). Jego właściciel, informatyk Robert Ilijason, postanowił zrezygnować nie tylko z kasjerów. Placówka handlowa jest bezzałogowa i – na dodatek – otwarta całą dobę.

Aby zrobić zakupy, klienci muszą zarejestrować się w serwisie oraz pobrać aplikację na swojego smartphona. Dzięki temu będą mogli nie tylko dostać się do sklepu, ale również skanować wybrane przez siebie produkty. W markecie nie ma kas. Pod koniec miesiąca, każdy z kupujących otrzymuje fakturę z listą nabytych towarów, które muszą opłacić – oczywiście - przez internet.

Ilijasona tłumaczy, że jego pomysł ma przywrócić małym szwedzkim miasteczkom i wioskom lokalne sklepiki spożywcze. Zaczęły one znikać z powodu dużych kosztów obsługi i konkurencji ze strony supermarketów otwieranych w pobliżu większych miejscowości. Właściciel, którego osobiste doświadczenie zmusiło swojego czasu do dalekiej podróży w celu zrobienia zakupów, widzi w swojej inicjatywie szansę na ożywienie małomiasteczkowego handlu.

Oczywiście placówka nie jest w pełni samoobsługowa. Jej właściciel musi ręcznie uzupełniać sklepowe zapasy. Jednak potem oddaje go klientom i ich smartphonom i tabletom. Praca przy wykładaniu towarów na półki jest w zasadzie jedyną fizyczną czynnością, którą musi wykonywać Ilijason. Poza remanentami w ogóle nie spędza czasu w sklepie. Nad bezpieczeństwem czuwają kamery oraz system zarządzający zakupami. Jest mało prawdopodobne, że ktoś będzie chciał ukraść towar skoro wejście do placówki wymaga podana danych osobowych. Ponadto aplikacja, zarządzająca dostępem do sklepu, zawiadamia właściciela każdorazowo, gdy drzwi wejściowe pozostają otwarte na dłużej niż osiem sekund lub gdy ktoś próbuje się włamać. Właściciel deklaruje jednak, że od momentu otworzenia sklepu w styczniu bieżącego roku, nie miał żadnych kłopotów.

Niestety z punktu widzenia Ilijasona, nie wszystko idzie tak gładko jak sobie początkowo zakładał. Ponieważ handlowanie w sklepie traktuje on jako zajęcie dodatkowe musi korzystać z pomocy w ciągu dnia, gdy przebywający w sklepie klienci – najczęściej osoby starsze – mają problemy.

Trudno powiedzieć czy skandynawski model handlu detalicznego da się łatwo powielać w innych krajach czy stanowi jedynie ciekawostkę przyrodniczą. Dla zarządzających sieciami małych punktów handlowych może być to kusząca alternatywa. Konieczność sporadycznego uzupełniania asortymentu i mało absorbujący serwis mógłby sprzyjać rozwojowi pomysłu. Oczywiście inicjatywa Ilijasona nie stanowi zagrożenia dla sklepów wielkopowierzchniowych, gdy te są nastawione na klienta masowego, który robi duże, regularne zakupy. Dużo bardziej mogą się czuć zagrożone małe sklepy na przykład przy stacjach benzynowych, które często są ostatnią deską ratunkową dla klientów będących w potrzebie.

Tak czy inaczej rozwiązanie należy uznać za ciekawe. Szczególnie w kontekście zapotrzebowania na zatrudnienie nisko wykwalifikowanych pracowników. Od dawna wiadomo, że - w przypadku supermarketów czynnych całą dobę - największą pozycją kosztową stanowi rachunek za prąd, a nie płace obsługi. Z drugiej jednak strony, w momencie gdy konkuruje się wolumenem sprzedaży, a marże są niskie – wycięcie kadry sklepu może stać się kuszącą alternatywą. Skoro nie będzie ona potrzebna w małych miasteczkach, czemu miałaby znaleźć zatrudnienie w metropoliach?

Dziękuję wiernej czytelniczce mojego bloga za zwrócenie mojej uwagi na opisany powyżej przypadek.

Ciepło, coraz cieplej

rafal.kinowski

Miłe ciepełko, które towarzyszy letnim miesiącom łatwo znieść na urlopie - z dala od cywilizacji, w górach czy nad wodą. Praca w tym czasie, szczególnie w pomieszczeniach bez klimatyzacji, nie rodzi już tak jednoznacznie pozytywnych uczuć. Bywa, że to prawdziwa mordęga. Wysokie temperatury dają się mocno we znaki, a wszystko wskazuje na to, że – z powodu globalnego ocieplenia – z roku na rok będzie coraz gorzej. Oczywiście najbardziej na wzmożone upały będą narażone gospodarki krajów międzyzwrotnikowych, najczęściej biednych lub rozwijających się.

Wzrost średniej temperatury na Ziemi będzie nie tylko uciążliwy, ale przede wszystkim kosztowny. Z badań przeprowadzonych na zlecenie ONZ przez Nowozelandczyków z Health and Environment International Trust wynika, że światowe wzrost PKB będzie w 2030 roku mniejsze o 2 biliony dolarów.

Jak wspomniałem wpływ na gospodarkę poszczególnych krajów będzie nierównomierny. Bogatsze państwa jak Japonia czy Wielka Brytania prawdopodobnie w ogóle nie ucierpią z powodu wzrostu temperatur. Ale już Stany Zjednoczone mogą zanotować niewielki uszczerbek w swoim wzroście gospodarczym na poziomie 0,2%.

Im dalej na południe tym sytuacje będzie się gwałtownie pogarszać. Lokomotywa światowych wzrostów czyli Chiny mogą zanotować utratę 0,8% PKB. Kolejne znaczące ekonomie: Indii oraz Meksyku prawdopodobnie skurczą się odpowiednio o 3,2% i blisko 4,5%. Jak wiele mogą znaczyć te zmiany dla obydwu krajów niech zobrazuje fakt, że Indie zanotowały w 2015 roku wzrost gospodarczy w wysokości 7,6%, a Meksyk 2,5%. Oba państwa nie należą jednak do najbardziej zagrożonych z powodu wysokich temperatur. Kraje Indochin: Kambodża, Wietnam czy Tajlandia mogą stracić nawet 6% PKB. Jeszcze gorzej badacze oceniają państwa afrykańskie. Przewidywany uszczerbek dla gospodarek Ghany oraz Nigerii będzie sięgał nawet 6,5%.

Już teraz 15 do 20% z rocznej sumy godzin pracy dla krajów z Południowo-Wschodniej Azji przepada z powodu znacznych temperatur. Zatrudnieni przy najniżej opłacanych zajęciach w rolnictwie, budownictwie czy przemyśle tkackim są zmuszeni do zawieszania działalności. Praca w najcieplejszych godzinach dnia niesie zbyt duże ryzyko uszczerbku dla zdrowia.

Oczywiście człowiek nie ma szans na odwrócenie negatywnych skutków zmian klimatycznych w półtorej dekady, ani w sposób zauważalny ich zrównoważyć. Jednak już teraz próbuje się aktywnie przygotowywać. Jednym ze sposobów jest przesunięcie harmonogramów czasu pracy. Innym – zwiększenie zapotrzebowania na klimatyzatory. Ten drugi pomysł ma jednak dwa poważne ograniczenia. Pierwszym jest kwestia aklimatyzacji. Im więcej urządzeń chłodzących w pomieszczeniach tym mniejsza tolerancja cieplna. Po prostu przyzwyczajony do klimatyzacji człowiek będzie jeszcze gorzej znosił upały. Niebanalnym kłopotem jest zabezpieczenie odpowiednich zapasów energii elektrycznej. W Bangkoku potrzeba dodatkowych 2000 MW na każde podniesienie się średniej rocznej temperatury o 1 stopień.

W poprzednim stuleciu zanotowano wzrost średniej temperatury na Ziemi o 1 stopień Celsjusza. Znaczne przyspieszenie nastąpiło w latach 70-tych, a więc w momencie gdy – paradoksalnie – człowiek uświadomił sobie ograniczoność zasobów naszej planety. Skok temperatury dotyczył w praktyce ostatnich 30 lat XX wieku. Niemal identycznym bilansem otwieramy kolejne stulecie. Dalszy rozwój w podobnym tempie sugeruje, że do 2100 roku średnia temperatura na Ziemi podniesie się o kolejne 3, a może nawet 4 stopnie.
W 2015 roku aż 190 krajów poparło działania, mające na celu utrzymanie wzrostu globalnej temperatury poniżej 2 stopni do końca wieku, co przywróciłoby postęp w ogrzewaniu Ziemi sprzed ery przemysłowej. Proponowane jest kontynuowanie wysiłków, aby ocieplanie nie przekraczało nawet 1,5 stopnia Celsjusza. Cóż z tego skoro największe i najbardziej wpływowe kraje, jak Chiny, nie mają zamiaru ratyfikować ogólnoświatowych porozumień.

Zasadniczo z każdej sytuacji jest wyjście. Skoro ludzie nie mogą pracować w najbardziej upalne dni, a przystosowanie miejsc zatrudnienia będzie podnosić koszty, szybko okaże się, że jednym z wyjść jest automatyzacja. Maszyny nie będą miały kłopotów z pracą w cieple. Nie zgłoszą zapotrzebowania na klimatyzację. Zużycie energii wprawdzie wzrośnie, ale skoro i tak jest ono wkalkulowane w działalność gospodarczą, nie powinno stanowić dużej bariery.

 

Przy okazji, 8ego sierpnia obchodziliśmy mało podnoszące na duchu święto – Światowy Dzień Wykorzystania Zasobów. Organizacja Global Footprint Network, koncentrująca się na zrównoważonym rozwoju, szacuje że do wczoraj zużyliśmy zasoby naszej planety, które były przeznaczone na cały rok. Jeszcze dekadę temu „święto” odbywało się na początku października, ale jak przekonują naukowcy, od tego czasu zrobiliśmy poważny krok naprzód.

Nasze dzieci będą biedniejsze od nas

rafal.kinowski

Wyniki badań, przeprowadzonych przez McKinsey w 25 krajach o najbardziej rozwiniętych gospodarkach, wskazują że w ciągu ostatniej dekady realne dochody blisko 2/3 gospodarstw domowych spadły albo pozostały na podobnym poziomie. Ten fakt rodzi poważne implikacje ekonomiczne i społeczne, które będą negatywnie wpływały na przyszłe pokolenia.

Gdy czytam raporty przygotowane przez firmy konsultingowe takie jak McKinsey, EY, PwC czy Deloitte zawsze się zastanawiam, jaki nowy produkt będzie wciskany obecnym i przyszłym klientom. Rzadko się zdarza, aby ktoś z wielkiej czwórki przygotowywał analizy bez tworzenia potrzeby biznesowej. W przypadku najnowszej publikacji McKinsey Global Institute „Biedniejsi niż rodzice” trudno jest znaleźć bezpośrednie przełożenie na działalność konsultingową, chyba że przesłaniem ma być dalsza liberalizacja gospodarki i zwiększenie elastyczności rynku pracy, czyli tradycyjne neoliberalne zaklęcia. Same wnioski płynące z raportu są bardzo pesymistyczne.

Po zakończeniu II Wojny Światowej rozpoczął się okres, który będzie przez przyszłych historyków nazywany złotymi dekadami państwa socjalnego. Odbudowie gospodarek, zrujnowanych przez ogólnoświatowy konflikt, towarzyszyły bogate osłony socjalne, które w szybkim stopniu zmieszały nierówności społeczne. Aż do początku lat 80-tych większość państw rozwiniętych i rozwijających się doświadczyło prosperity, która kazała myśleć, że wzrost krajowych ekonomii jest zjawiskiem ciągłym, a przyszłe pokolenia będą żyły w dobrobycie. Gospodarstwa domowe dysponowały coraz wyższymi dochodami. Nawet w latach 1993 – 2005, zaledwie 2% z nich odczuło zmniejszenie lub stagnację przychodów.

Prawdziwym ciosem dla domowych budżetów okazały się perturbacje związane z Wielką Recesją. W latach 2005 – 2014 aż 65 do 70% z nich przestało rosnąć, a duża część zaczęła się zmniejszać. Ponad pół miliarda mieszkańców krajów rozwiniętych zetknęło się ze zjawiskiem, które nie miało wcześniej precedensu. Wzrost gospodarczy ostatniej dekady nie przełożył się na wzrost kwot, którymi dysponują gospodarstwa domowe. Tylko najwyżej zarabiający zanotowali nieproporcjonalny przyrost dochodów. Wraz z wdrożeniem neoliberalnych zasad, szybko zaczęły się powiększać nierówności społeczne.

Sytuacja, w której duża rzesza obywateli dysponuje mniejszymi – lub w najlepszym razie stałymi – przychodami, już wpływa na ich zachowania jako konsumentów, a tym samym rodzi daleko idące implikacje dla sytuacji społecznej i gospodarczej. Zmniejszające się budżety domowe nie zachęcają do zwiększania zadłużania i nie przekładają się na wzrost sprzedaży, a to z kolei ma swoje odbicie w wielkości produkcji czy dostępności świadczonych usług. Zawężanie się rynków zbytu będzie skutkować zmniejszaniem zatrudnienia, a to pociągnie za sobą kolejną obniżkę wydatków konsumpcyjnych. Pętla się zamyka, ale jesteśmy już szczebel niżej.

Perspektywa, w której kolejne pokolenia miałyby zaznać dalszej stagnacji lub spadku rozporządzalnych dochodów będzie miało swój negatywny wpływ na rozwój gospodarczy. Wraz ze zmniejszającymi się zarobkami rośnie frustracja na otoczenie. Znacząca ilość osób, które czują, że nie korzystają finansowo na wzroście gospodarczym, traci wiarę w globalizację, otwarte społeczeństwo czy – nawet – procedury demokratyczne. Jedna trzecia przedstawicieli gospodarstw domowych - dotkniętych stagnacją dochodów - uważa, że ich dzieci będą miały gorzej, a jednocześnie obwinia o ten stan rzeczy imigrantów i otwartość gospodarczą czyli wolny handel.

Z prognoz, towarzyszących badaniom MGI, wynika że w momencie gdy trend spowolnienia światowej ekonomii się utrzyma, stagnacja dochodów będzie dotyczyć już 80% gospodarstw domowych. Co ciekawe, nawet gdyby wzrost gospodarczy miał w najbliższym czasie przyspieszyć wówczas odsetek domostw dotkniętych dekoniunkturą spadnie, ale tylko pod warunkiem, że rozwojowi będzie towarzyszyć zwiększony popyt na pracowników, a nie maszyny, które zajmą nowotworzone miejsca pracy.

Autorzy raportu uważają, że można polepszyć sytuację osób, których dochody dosięgła stagnacja. Ratunek tkwi w działaniach rządów, które mogą dzięki odpowiednim zachętom podatkowym czy bezpośredniemu wsparciu łagodzić negatywne wahania rynkowe. Tak było w przypadku Szwecji, której władze interweniowały podczas Wielkiej Recesji poprzez zwiększenie transferów i politykę fiskalną zmniejszyły odsetek gospodarstw domowych ze spadającymi dochodami do 20%. Brzmi to jak zachęta żywcem przeniesiona z czasów Maynarda Keynesa. Trzeba jednak podkreślić, że większość państw, których budżety zostały nadszarpnięte w wyniku kryzysu lat 2008-09,nie ma takich możliwości. Dlatego badacze zachęcają polityków i liderów biznesu do dalszej współpracy – szczególnie w obszarze budowania konsensusu wokół myślenia i działania w dłuższej perspektywie. McKinsey nie przedstawił żadnego rozwiązania ani narzędzia wspierającego wydłużenie horyzontu czasowego. Praktyka pokazuje, że sam apel nie będzie skuteczny. Szczególnie, kiedy apeluje się do bezosobowych rynków kapitałowych. W ostatnich latach bardzo skrócił się horyzont czasowy dla rozliczania wyników finansowych przedsiębiorstw oraz postępowania rządów. Globalne firmy dysponują nadmiarem gotówki, którą lokują na krótko. W efekcie w przedsiębiorstwach notowanych na giełdach wyniki kwartalne – czy najdalej roczne – stały się o wiele ważniejsze niż myślenie w kategoriach pokoleń. Dla wielu przedsięwzięć jest to perspektywa zabójcza. Nie da się zobaczyć wyników projektu inwestycyjnego, zbudować stabilnej infrastruktury czy przeprowadzić skomplikowanych reform społecznych w tak krótkim czasie.

Poza słusznym, ale mało skutecznym apelem, rozwiązania serwowane przez konsultantów z McKinsey nie odbiegają od tradycyjnych recept ery neoliberalnej. Przede wszystkim stawiają oni na dalszą deregulację – z doświadczeń już wiadomo, że jej skutkiem będzie utrwalenie rozwarstwienia dochodów - oraz uelastycznienie rynku pracy, czyli ciągłe zmniejszanie odpowiedzialności przedsiębiorców za zapewnienie stabilnych dochodów swoim ludziom. Kolejny postulat - zgłaszany głównie przez przedsiębiorców - dotyczy niedostatecznej edukacji młodego pokolenia, które nie potrafi się odnaleźć w gospodarce, wymagającej wysokiej klasy ekspertów o bardzo wąskich specjalizacjach. Z perspektywy biznesmenów postulat brzmi zrozumiale, szczególnie w połączeniu z rosnącą elastycznością zatrudnienia. W końcu, jeśli przez miesiąc w roku potrzebny jest specjalista od wkręcania śrubek prawoskrętnych, to najlepsza byłaby osoba która poświęciła lata edukacji tylko na doskonalenie tej jednej umiejętności. Z perspektywy pracownika, który chciałby mieć dochody również przez pozostałe jedenaście miesięcy (za mieszkanie, jedzenie, ubrania dla dzieci trzeba płacić regularnie) dywersyfikacja umiejętności jest rozsądnym rozwiązaniem – możliwość zaoferowania na elastycznym rynku pracy różnych kompetencji, zmniejsza ryzyko długotrwałej bezczynności.

Rolą regulatorów - dla zrównoważenia firm globalnych potrzebne są ogólnoświatowe normy, gdyż lokalne legislacje są zbyt łatwe do obejścia – jest ustalenie ram prawnych, w których będą uwzględnione potrzeby wszystkich uczestników rynku. Niestety McKinsey nie dostrzega tego aspektu, ani nie widzi żadnej roli firm doradczych. Wciąż powracają propozycje przyspieszenia produktywności czy wzrostu PKB, mimo że brak widoków na rewolucję przemysłową, która mogłyby wpłynąć pozytywnie na dynamikę obu wskaźników.

Powtarzanie tych samych zaklęć, które doprowadziły do obecnej stagnacji zarobków większej części społeczeństwa nie wróży najlepiej na przyszłość. Chyba, że gdzieś istnieje jeszcze osoba, która uważa, iż bieżąca sytuacja jest wynikiem zbyt łagodnego wprowadzania neoliberalizmu i dopiero teraz trzeba przykręcić śrubę. W ferworze zmian warto pamiętać, że gdy jeszcze bardziej obniżmy podatki, postawimy na elastyczność rynku pracy i usuniemy funkcje regulacyjne państwa, tym trudniej będzie mu oddziaływać jako falochron przy kolejnych zawirowaniach globalnej gospodarki. Szkoda, że analitycy ze znanej firmy doradczej powtarzają stare slogany, a nie wykorzystali posiadanej wiedzy i inteligencji do poszukania nowych, bardziej aplikacyjnych i skutecznych niż neoliberalizm, pomysłów na zmianę trendów w dochodach klasy średniej.

Pułapka niskiej płacy – robot wyręczy człowieka

rafal.kinowski

Jason Furman, członek Rady Doradców Ekonomicznych przedstawił ciekawą analizę, dotyczącą wpływu automatyzacji miejsc pracy na kształt rynku zatrudnienia. Oczywiście nie sposób przewidzieć jak wiele stanowisk zostanie zastąpione przez maszyny. Naukowcy z Uniwersytetu Oksfordzkiego szacowali, że zniknie blisko połowa miejsc pracy w Stanach Zjednoczonych. Z kolei OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) jest dużo bardziej optymistyczna, zagrożenie ma dotyczyć tylko 10% posad. Jak widać rozbieżności są spore, od lekkiej korekty zatrudnienia po prawdziwy armagedon.

Amerykańska Rada Doradców Ekonomicznych (ARDE) postanowiła wziąć pod uwagę gorszą, oksfordzką perspektywę, a następnie zbadać, które zawody będą podlegały szybszej automatyzacji. Okazało się, że zdecydowanie najbardziej narażone są miejsca pracy wymagające mniejszych umiejętności i – już teraz – nisko opłacane. Według obliczeń ARDE aż 83% stanowisk, z zarobkami poniżej 20$ za godzinę czeka automatyzacja. Im wyżej dany zawód jest w siatce płac, tym mniejsza szansa, że zastąpią je maszyny. Pomiędzy 20, a 40 dolarów za godzinę - szansa na utratę pracy wynosi nieco poniżej 30%. Najwyżej opłacani, zarabiający więcej niż 40 dolarów za godzinę, mogą spać spokojnie - prawdopodobieństwo, że ich stanowisko zniknie ARDE szacuje na 5%.

Według Furmana technologia wprawdzie zmniejsza ilość miejsc pracy na rynku, ale też tworzy nowe, lepiej płatne, bardziej twórcze. Jest to ciekawe twierdzenie tym bardziej, że przeczą mu fakty. Zawody, które charakteryzują się powtarzalnymi, nużącymi czynnościami, rzeczywiście są zastępowane przez maszyny, ale utrata stanowisk jest szybsza niż powstawanie nowych posad. Wprawdzie są one lepiej płatne, ale jaka w tym pociecha dla osób odesłanych prze automaty na zieloną trawkę? Już teraz jest niemal pewne, że masowa utrata zatrudnienia silnie wpłynie za wzrost nierówności w klasach społecznych: średniej i niskiej.

Ciekawi mnie optymizm ARDE dotyczący zawodów o najwyższych stawkach godzinowych. Trudno sobie wyobrazić, aby rządni niższych kosztów menadżerowie nie sięgnęli po maszyny, w celu zastąpienia wysoko opłacanych specjalistów. Prawnicy czy paralegalsi już dziś są na celowniku komercyjnej wersji ibm’owego Watsona, który potrafi wyszukiwać najbardziej potrzebne orzeczenia prawne i precedensy dużo sprawniej niż człowiek. To samo dotyczy skomplikowanej diagnostyki nowotworowej – algorytmy są w tej dziedzinie daleko sprawniejsze od ludzi. Nie mówiąc już o pracy dziennikarzy, którzy wkrótce będą mogli być zastąpieni przez boty, same generujące wiadomości z dostępnych źródeł agencyjnych.

Nowe wyzwania jakie będzie stawiał postęp technologiczny wymuszą zmianę w podejściu do organizacji pracy. Sytuacja gdy dobrze opłacanych miejsc pracy wystarczy tylko dla nielicznych jest w dłuższej perspektywie nie do utrzymania. Podziały społeczne, które by się wytworzyły zagrażały by stabilności zbiorowości. Duże bezrobocie wśród populacji, która już dziś zarabia najmniej, działałoby wywrotowo na wspólnotę. Prawdopodobnie jakąś formą ratunku byłoby utrzymywanie członków wspólnoty w aktywności społecznej: warsztaty, roboty publiczne czy zorganizowana rekreacja. Konieczne byłyby też transfery pieniędzy dla podtrzymania stabilności ekonomicznej.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt, który wynika z raportu ARDE. Kwota 20 dolarów za godzinę, która stanowi pewną wartość graniczną, jest czysto arbitralna. W Stanach Zjednoczonych trwają dyskusje na temat wysokości płacy minimalnej w poszczególnych stanach czy metropoliach. Wiele lokalnych ciał legislacyjnych zobowiązuje się do regularnego podwyższania zarobków, aby w ciągu kilku lat osiągnąć zakładane poziomy, oscylujące zazwyczaj wokół 15 dolarów za godzinę. To bardzo poważny czynnik zwiększający zagrożenie automatyzacji stanowisk pracy. Można sobie wyobrazić sytuację, gdy władze stanowe – na podstawie omawianego raportu – postanowiły by wywindować stawkę godzinową powyżej 20 dolarów, aby uchronić miejsca pracy. Paradoksalnie byłoby to działanie przeciwko zatrudnionym. Płaca na stanowiskach powinna odzwierciedlać ich wartość dla przedsiębiorstwa. Jeśli właściciele byli by postawieni przed alternatywą, zatrudnić ludzi, których zarobki będą w jakiejś perspektywie stale rosnąć albo sięgnąć po roboty, które są kapitałochłonne, ale ich koszty są stałe – wahanie nie trwałoby zbyt długo. 
Taka jest przykra prawda na temat gonienia za większą płacą minimalną.

Oczywiście cały raport dotyczy tylko Stanów Zjednoczonych i bierze pod uwagę amerykański punkt odniesienia. W naszej rzeczywistości – gdyby automatyzacja zagrażała wszystkim stanowiskom o zarobkach poniżej 20 dolarów za godzinę – znikło by zapewne 99% miejsc pracy. Była by to przykra konsekwencja budowania potęgi gospodarczej Polski na taniej sile roboczej.

© Wyzwania nowoczesnego świata
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci