Menu

Wyzwania nowoczesnego świata

Idee i zdarzenia ze świata, ginące w zalewie informacji.

Ekonomiści o zagrożeniach polskiej gospodarki

rafal.kinowski

Otrzymałem ostatnio niezwykle ciekawy dokument, podsumowujący konferencję „Ekonomiści o zagrożeniach dla polskiej gospodarki”, która odbyła się w Warszawie pod koniec kwietnia. Mimo, że na co dzień jestem biernym obserwatorem naszej rzeczywistości – zarówno gospodarczej jak i politycznej, dyskusja nad niebezpieczeństwami wzbudziła moje zainteresowanie. Tym bardziej, że na liście prelegentów znajdowały się nazwiska znanych profesorów: Gomułka, Hausner, Orłowski, Belka, Mączyńska czy Rapacki.

W pierwszej części spotkania mówcy poświęcili sporo miejsca na ocenę bieżącej sytuacji społeczno-ekonomicznej, jak również drogi, która nas do niej doprowadziła. Z wystąpienia profesora Rapackiego można się więc było dowiedzieć, że w Polsce powstał  model kapitalizmu, cechujący się: niespójnością instytucjonalną, brakiem długofalowej wizji, peryferyjnością gospodarczą czy anomią społeczną. Propozycją terminologiczną jest, aby nazywać go kapitalizmem patchworkowym.

Adwersarze zwracali uwagę, że obecna władza wraz ze sztandarowym projektem „dobrej zmiany” wpisuje się w popularny obecnie nurt populizmu ekonomicznego oraz politycznego. Niektórzy liczą na szerszą integrację z Unią Europejską, która ma wspierać koncepcję trwałego i zrównoważonego rozwoju naszego kontynentu (strategia Europe 2020), podtrzymując tym samym ducha kapitalizmu liberalnego przy jednoczesnym uwzględnieniu postulatów solidarności społecznej (prof. Fiedor).

Drugim wątkiem dyskusji były zagrożenia dla stabilności i rozwoju gospodarczego Polski. Prezentujący temat profesor Hausner, wyznaczył cztery niebezpieczeństwa. Deficyt siły roboczej, któremu należy przeciwdziałać ułatwiając zatrudniani i osidlanie się pracowników zagranicznych. Wzrost wynagrodzeń przekraczający dynamikę wydajności pracy, co ma podważyć naszą przewagę konkurencyjności kosztowej. Oparcie wzrostu gospodarczego na ekspansywnej polityce fiskalnej, co może doprowadzić w perspektywie do zwiększenia długu publicznego. I wreszcie działania rządu, destabilizujące rachunek ekonomiczny przedsiębiorstw (podatki czy zmiany w systemie składkowania na FUS).

Część argumentów brzmi niezwykle anachronicznie, szczególnie głoszenie potrzeby ciągłego utrzymywania niskich kosztów pracy jako naszej jedynej przewagi konkurencyjnej. Z kolei pomysł, żeby przy braku chętnych wśród naszych rodaków do podejmowana pracy za niskie wynagrodzenia, wspierać finansowo osiedlanie pracowników zagranicznych wraz z rodzinami, brzmi – przy licznych objawach ksenofobii wśród Polaków – bardzo ryzykownie. Na dodatek jedynie utrwali nasz model gospodarczy, który przy kolejnej fali automatyzacji na Zachodzie i Chinach, doprowadzi nasz kraj do trawłej zapaści.

Na przekór braku dowodów na poparcie tezy, ekonomiści widzą jedyną szansę na ucieczkę z pułapki niskich kosztów poprzez ulgi inwestycyjne dla innowatorów. Nie wiadomo jak obecny brak nakładów – zarówno prywatnych, jak i państwowych – na innowację, miałby zamienić się w strumień gotówki, skoro już teraz pracodawcy mimo głoszonego spadku rentowności, wolą się decydować na zagraniczną tańszą siłę roboczą, niż na szukanie rozwiązań kapitałochłonnych.

Lista barier rozwojowych naszego kraju jest bardzo długa. Dość wymienić – za profesor Mączyńską - kilka z nich: sytuacja demograficzna, asymetria w rozwoju regionalnym, niski poziom innowacyjności, nieprzygotowanie do rewolucji cyfrowej, brak szerokiej i całościowej wizji rozwoju oraz patrzenie na zjawiska społeczno-gospodarcze w krótkiej perspektywie, od wyborów do wyborów. Co ciekawe większość wymienionych przeszkód nie dość, że ma charakter wewnętrzny, to - na domiar złego - przejawia negatywną synergię sprzężeń zwrotnych. Prowadzi to często do sytuacji, że każdemu działaniu, którego celem miałoby być zlikwidowanie bariery rozwojowej towarzyszy od razu czynnik blokujący. Istotna część potencjału jest blokowana lub marnotrawiona na walkę z problemami, które sami tworzymy.

W trzeciej części konferencji, profesor Belka promował przyjęcie wspólnej waluty jako strategię integracji z Europą. Dążenie do wdrożenia Euro powinno być - w jego ocenie - zasadniczym elementem strategii naszego kraju w Unii. Profesor celnie rozprawił się z argumentami przeciwników, jakoby: własna waluta lepiej chroniła przed kryzysem, Polska była za biedna na euro czy obawami o wzrost cen po przyjęciu europejskiej waluty. Przytoczył też wiele racji, które wspierałyby zastąpienie złotówki walutą Unii. Na przykład: brak kosztownego ryzyka kursowego w wymianie handlowej, napływ kapitału zagranicznego czy radykalne zmniejszenie potrzeb posiadania rezerw walutowych.

Ciekawym głosem w dyskusji nad wprowadzeniem w Polsce euro było wystąpienie profesora Orłowskiego. Zwrócił on uwagę, że utworzenie Unii Europejskiej, jak i nasze wstąpienie w jej szeregi, było działaniem mającym nieść bezpieczeństwo krajom członkowskim. Dopiero na jego zapewnieniu można liczyć na spokojne gospodarowanie i budowanie dobrobytu. Korzyści ekonomiczne nigdy nie stały na pierwszymi miejscu, ale niejako wynikały z faktu, że samodzielne działające państwa europejskie nie mają szans na globalnej arenie dotrzymać kroku Stanom Zjednoczonym, Rosji czy Chinom.

Tymczasem w procesie polskiej integracji z Europą, politycy skupili się tylko na jednym – dodać należy za profesorem Orłowskim – najłatwiejszym aspekcie, ekonomicznym. Zapewnienie naszemu krajowi dostępu do wspólnotowych funduszy stało się motywem przewodnim kampanii pro unijnej. Skutecznym, lecz krótkotrwałym. Szczególnie obecnie w kontekście zmian w rozdziale środków w nowych perspektywach budżetowych, które będą mniej korzystne dla Polski. Może to rodzić poczucie, że wszystko co ważne już od Unii otrzymaliśmy i możemy zacząć myśleć o opuszczeniu jej szeregów.

Diagnozowanie zagrożeń jest ważne, jednak od zacnego grona prelegentów, stanowiących - bądź co bądź – kwiat polskiej myśli ekonomicznej, należy oczekiwać rozwiązań, a nie podsumowań. Nadzieje, że w naszym przypadku uda się coś, co nie zadziałało nigdzie indziej (obniżka podatków jako stymulant wzrostu gospodarczego), to stanowczo za mało. Podobnie jak krytyka poczynań rządów Prawa i Sprawiedliwości, czy upatrywania szansy na przetrwanie trudności ekonomicznych w głębszej integracji z Unią Europejską. Profesor Gomułka nawoływał do stworzenia własnej wizji polityki gospodarczej, którą można skonfrontować z poczynaniami władz.

Korporacje podnoszą ceny bo ... mogą

rafal.kinowski

Wielkie korporacje ciągle rosną w siłę. I problem nie leży nawet w tym, że są zbyt wielkie by upaść – bo tak jest faktycznie, ale że zagrażają logice ekonomii rynkowej, której podstawową cechą jest konkurencyjność podmiotów gospodarczych. Tymczasem zamiast ciągłej rywalizacji o klienta pomiędzy licznymi firmami, mamy do czynienia z branżowymi oligopolami, które ustalają pomiędzy siebą strefy wpływów i poziom zysków.

Żeby nie być gołosłownym, podeprę się w tym miejscu raportem Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW). W ramach badania, przeanalizowano ewolucję marży największych i najbardziej wpływowych spółek giełdowych w 74ech gospodarkach w latach 1980-2016.

Okazało się, że w przypadku krajów rozwiniętych, od początku lat 90. XX wieku, marże największych przedsiębiorstw urosły średnio o 39%. Wzrosty narzutów na ceny były zauważalne w wszystkich państwach i w każdym sektorze gospodarki. Co więcej badaczom udało się znaleźć zależność pomiędzy wysokością marży, a wskaźnikiem siły rynkowej danej spółki. W skrócie, im większa firma i mocniejsza jej pozycja w branży, tym osiąga większy profit.

Z kolei podobnego zjawiska nie zaobserwowano w przypadku krajów rozwijających się i rynków wschodzących, gdzie poziom marż nie przekracza nie wzrósł od roku 1990 wyżej niż 5%.

Popularnym wytłumaczeniem dla ciągle podnoszonych cen – przez wielkie koncerny – jest konieczność odzyskania pieniędzy z poczynionych inwestycji, a więc kosztów zakupy konkurencyjnej spółki lub nakładów na badania i rozwój, skutkujących lepszymi produktami i usługami. Ale to nie do końca prawda, szczególnie gdy spojrzy się na dane finansowe korporacji.

Badania MFW potwierdziły, że wraz ze wzrostem siły rynkowej spółki inwestują coraz mniej. Tak więc zachodzi związek odwrotny, rosnącym marżom towarzyszy spadek inwestycji i innowacji.

Analiza MFW nie analizuje przyczyn opisanych przez siebie zjawisk, wskazuje jednak na różnice regionalne w krajach rozwiniętych, które mogą przynieść odpowiedź. Okazuje się bowiem, że spółki notowane w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, mogą się poszczycić szybszym wzrostem marż, niż konkurenci z Japonii czy Europy.

W przypadku dwóch pierwszych państw, MFW wskazuje na ułomności w działaniu organów, mających zapobiegać koncentracji branż gospodarczych. Duży biznes stać na silny nacisk lobbingowy, aby chronić wysokie bariery wejścia do sektorów, jak: licencje, patenty czy regulacje, a jednocześnie stara się przejmować co bardziej rzutkich konkurentów.

Podsumowując odkrycia Międzynarodowego Funduszu Walutowego warto zaznaczyć, że wielkie korporacje nie są dobre dla gospodarki, ani długotrwałego wzrostu poziomu życia obywateli. Co więcej, koncentracja branż źle wpływa na rynek pracy. David Leonhardt, z The New York Timesa, przeanalizował amerykańskie dane statystyczne od połowy lat 80. Z jego badań wynika, że w ciągu dwóch i pół dekady zmalała ilość zatrudnionych w małych firmach (do 20 pracowników), a wzrosła w molochach (powyżej 10 000 pracowników).

Jeśli powyższa zmiana nie niepokoi, to proszę spójrzcie na nią szerzej.
Mniejsza konkurencyjność w branży powoduje, że pracownicy nie mają alternatywy przy zmianie pracy, a więc maleje ich siła nacisku na pracodawcę. Przy braku związków zawodowych, które mogłyby się upominać o prawa zatrudnionych, ale tą opcję już rozmontowaliśmy, zatrudnieni nie mają odpowiedniej mocy, aby żądać wzrostu swoich pensji (skoro rosną marżę). Stąd obserwowana od lat 80. stagnacja zarobków klasy niższej aspirującej i średniej oraz wzrost dochodów akcjonariuszy. Co za tym idzie jest to jedna z przyczyn wzrostu nierówności społecznych.

Gdyby powyższy wywód Was nie przekonywał. Bo nie interesuje Was los pracowników koncentrujących się sektorów gospodarki w krajach rozwiniętych. To przypomnę tylko, że owe międzynarodowe korporacje działają także w Polsce, a ponieważ przy skromnej mocy nabywczej naszych pensji nie oferują one nam specjalnych cenników, więc my też płacimy za nabywane produkty wyższe marże.

Franczyza a’la Americana

rafal.kinowski

Zanim zgodziłem się napisać o franczyzach w Stanach Zjednoczonych, Daniel Dziewit pokazał mi fragmenty swojej przyszłej książki o losach polskich franczyzobiorców. Muszę przyznać, że zawarte w niej historie były mocno przygnębiające, przedstawiając rynek franczyzowy jako „wolną amerykankę”. Bez regulacji prawnych, reguł działania czy nawet dobrych obyczajów biznesowych, gdzie łatwiej o bankructwo niż o bezpieczną inwestycję. Mój obraz franczyzy - jako bezpiecznego wejścia w pewne przedsięwzięcie - legł w gruzach. Liczyłem, że poznając amerykańskie realia franczyzowe uda mi się znaleźć wzorzec, do którego może zmierzać polski rynek.

Okazuje się jednak, że stanie się franczyzobiorcą nie gwarantuje sukcesu po żadnej ze stron Atlantyku (podejrzewam, że ta reguła dotyczy też innych oceanów).

Na wstępie chciałbym zaproponować własny podział – w odróżnieniu od literatury akademickiej –franczyz: na sprawdzone, życzeniowe i oszustwa.

Franczyzy sprawdzone to przedsięwzięcia, które zostały rozwinięte przez pojedynczego biznesmena do takich rozmiarów, że ich kolejnym, naturalnym etapem rozwoju staje się oferowanie wejścia do systemu franczyzobiorcom. Dobrym, ale nie jedynym, przykładem niech będzie McDonald’s. Podstawową cechą systemu sprawdzonego jest fakt, że został on przetestowany w różnych okolicznościach biznesowych, lokalizacjach i przy odmiennych warunkach działania. Ma w miarę jasne reguły uczestnictwa i małą ilość ukrytych opłat. Oczywiście nie jest to żadna gwarancja sukcesu, bo nikt na świecie nie może takowej zapewnić. Nawet w dobrze rozwiniętych systemach zdarzają się wpadki oraz porażki. Wiele sieci testuje różne lokalizacje dla swoich biznesów i jeśli, któryś z nich działa ze stratą jest zamykany zanim zacznie pogrążać właściciela.

Do franczyz życzeniowych zaliczyłbym te, które są oparte na niesprawdzonych pomysłach biznesowych lub służą właścicielom marki – nie posiadających odpowiednich środków własnych, do rozwoju sieci dystrybucji. Cześć z tych projektów upada, gdyż poza kuszącym „powiewem nowości” niczego nie wnoszą, jak choćby sieć kuchni Make & Take Gourmet. Oferta była skierowana do zapracowanych kobiet z korporacji, nie mających czasu na gotowanie we własnym domu. Ciekawe, że nikt nie przewidział, że skoro nie mają go we własnej kuchni, to czemu miałyby go marnotrawić w cudzej i w dodatku za pieniądze. Wejście do franczyzy kosztowało ponad 300 000 dolarów. Pomysł nie przetrwał nawet kwartału, choć chętnych nie brakowało.
Z kolei franczyzobiorcy, którzy rozwijają czyjąś sieć sprzedaży, są po pewnym czasie wykupowani przez właściciela marki. Rozwód zazwyczaj odbywa się po cichu i za obopólną zgodą.

Najgorzej mają franczyzobiorcy, którzy trafili na pospolitych oszustów. Tego typu projekty zwijają się zaraz po zebraniu opłaty wstępnej od pierwszej grupy chętnych. Bardziej perfidne przedsięwzięcia doprowadzają biorców do bankructwa, przejmując za bezcen ich lokalizacje jako swoje.

Niestety, system prawny Stanów Zjednoczonych nie zapewnia franczyzobiorcom żadnej szczególnej ochrony. Po latach walk udało się wymóc na franczyzodawcach, aby w swoich folderach reklamowych prezentowali rzetelne dane o biznesie i przedkładali wszystkie ważne dokumenty na miesiąc przed podpisaniem umowy . Tylko tyle i aż tyle. Oczywiście w żadnej mierze nie ochroni to przed porażką. Tym bardziej, że miedzy rzetelną prezentacją danych - a ich kolorowaniem, jest spory margines i - wierzcie mi na słowo – nawet najwięksi gracze potrafią to wykorzystać na swoją korzyść.

Nikt też – nawet najlepsi prawnicy – nie uchronią przed biznesową wpadką, jeśli franczyzobiorca nie przeprowadzi – przed podpisaniem umowy – własnego śledztwa na temat pomysłu biznesowego czy nie przeczyta podkładanych mu pod nos dokumentów, choćby 3/4 z niej było napisane fontem jedynką. Sędziowie nie mają zazwyczaj litości dla nierozważnych przedsiębiorców, którzy „postanowili sprawdzić się w biznesie”. Szczególnie cudzym.

Do najczęstszych „grzechów” amerykańskich franczyzodawców należą:
 - ukryte opłaty – wpisowe, płatne szkolenia, współfinansowanie akcji reklamowych,
 - zły dobór danych w folderach reklamowych – na przykład prezentowanie danych historycznych, uwzględnianie wyników tylko najlepszych lokalizacji czy podawanie przychodów przed opodatkowanie,
 - kłopoty z wyjściem – mało kto podpisując umowę na dwie dekady myśli o jej końcu, tymczasem wielu franczyzodawców zmusza do opuszczenia lokalizacji – szczególnie tych dochodowych - obecnych biorców, wprowadzając na ich miejsce nowych,
 - ścisły nadzór – kiedyś franczyza była postrzegana jako forma własnego biznesu pod obcą marką, a biorca miał sporą autonomię. Dziś część dawców woli kontrolować swoich biorców tak dokładnie, że wielu z nich czuje się jak pracownicy średniego szczebla korporacji, a nie niezależni przedsiębiorcy.

Na koniec przytoczę historię pewnego błędu, który do tej pory ma istotny wpływ na postrzeganie franczyz, jako pewnego sposobu na sukces.

W latach 80. zeszłego wieku, Departament Handlu postanowił sprawdzić czy prowadzenie biznesu pod cudzym szyldem jest opłacalne. Do około 2000 biorców wysłano dobrowolne ankiety, których wypełnienie miało raz na zawsze rozstrzygnąć co ma lepsze szanse na przetrwanie: franczyza czy własna działalność. Niestety nikomu nie przyszło do głowy, że samo pojęcie „odnieść sukces” ma odmienne znaczenie dla różnych przedsiębiorców. Poza tym, ktoś kto właśnie go – w swoim mniemaniu – odnosi, może - za sprawą jakiegoś zrządzenia losu - za chwilę zbankrutować, a inny – ledwo wiążąc koniec z końcem – dorobić się niebotycznego majątku.

Tak czy inaczej odzew na ankietę był nieduży, a wyników nie poddano audytowi. Statystycy, analizujący odpowiedzi, doszli do wniosku, że w ciągu pierwszych 5ciu lat działalności upada jedynie 5% lokalizacji. Wniosek był prosty – 95% franczyz kończy się sukcesem.

Ciekawe, że nawet Międzynarodowe Zrzeszenie Franczyzowe (IFA) początkowo wzięło wyniki Departamentu Handlu za dobrą monetę, choć – samo zaskoczone – obniżyło wskaźnik sukcesu do 90%.

Dopiero w 1994 roku, po publikacji książki Roberta Purvina - o wiele mówiącym tytule „Franczyzowe oszustwo” - udało się odsłonić tajemnicę 95%. IFA w obawie przed pozwami zaleciło dawcom, aby natychmiast usunęli z folderów reklamowych nierzetelne dane.

Niestety miejska legenda, o domniemanej przewadze franczyz nad własnym biznesem, żyła już własnym życiem.

Miękka siła

rafal.kinowski

Globalna ekspansja Chin wyszła już poza proste wywieranie wpływu dzięki zdolnościom wojskowym czy gospodarczym. Szczególnie pod względem ekonomicznym Pekin albo już są numerem pierwszym na świecie albo jest na dobrej ścieżce, aby w niedalekiej przyszłości się nim stać. Również cierpliwie tkane są sieci powiązań – jak choćby nowy Jedwabny Szlak, przybliżające Państwo Środka do stania się najbardziej wpływową gospodarką globu.

Teraz Chińczycy stawiają na tak zwaną „miękką siłę”. Chodzi o wykorzystanie zasobów niematerialnych: sztuki, kultury oraz stylu życia, aby wytworzyć w percepcji odbiorców pozytywny obraz własnego kraju. Ma to na celu nie tylko ocieplenie wizerunku Chin, ale także ukształtować chęć podążania podobną do nich drogą, aby osiągnąć szeroko rozumiany sukces. Za radą samego prezydenta, Xi Jinpinga, media mają kreować wizerunek różnorodnych, wesołych i kolorowych Chin, aby oddać ich wszechstronność oraz potęgę.

Być może wielu z Was wzruszy w tym momencie ramionami, bo wydaje się, że misja jest niemal niemożliwa do przeprowadzenia. Zarówno Europa, jak i Stany Zjednoczone nie dadzą się nabrać na chińskie hocki-klocki, i nikt nie uwierzy w nową twarz Pekinu. Problem polega na tym, że Państwo Środka wcale nie bierze na cel swojej „krucjaty wizerunkowej” krajów rozwiniętych. Ich kampania jest nakierowana na Afrykę.

Państwa Czarnego Lądu były na celowniku Chin od dawna. Jednak prawdziwy skok gatunkowy nastąpił wraz olimpiadą w Pekinie oraz kryzysem w 2008 roku. Wówczas cały świat mógł zobaczyć otwartość Państwa Środka oraz jego odporność na gospodarcze turbulencje.

Jak zauważa Yu-Shan Wu, z Quartza, sukces pekińskiej narracji skutkował powołaniem ogólnoświatowej telewizji z ośrodkami w Londynie, Moskwie, Waszyngtonie i Nairobi. Ale także – co jeszcze lepiej obrazuje kierunek ekspansji – drukowaniem najpopularniejszej gazety China Daily w wersji na kraje afrykańskie.

Władze państwowe doszły do wniosku, że prócz inwestycji czysto biznesowych czy -  poprawiających wizerunek – infrastrukturalnych, trzeba nadać chińskiej obecności na kontynencie szerszy wymiar.

Dobrym przykładem jest przemysł filmowy. Chińczycy nie tylko liczą na zyski swoich produkcji kinowych z afrykańskich multipleksów. W Republice Południowej Afryki działają studia filmowe, a krajobrazy Czarnego Lądu są tłem dla chińskich superprodukcji, które też często poruszają ważne dla kontynentu tematy społeczne i polityczne. Wreszcie Pekin organizuje festiwale filmowe na linii Chiny-Afryka oraz finansuje stypendia dla obiecujących młodych twórców. Na pieniądze mogą liczyć projekty, które będą budowały wizerunek Chin, wspierających Afrykanów w realizowaniu ich zamierzeń.

Kiedy zasypią nas własne śmieci?

rafal.kinowski

Szacuje się, że w 2015 roku na świecie wyprodukowano około 320 milionów ton odpadów z tworzyw sztucznych. Jednak jedynie 9% z nich poddawanych jest recyklingowi. Znaczna większość – naukowcy uważają, że ponad 80% - trafia na zwykłe wysypiska śmieci, lub wprost na łono natury, najczęściej do oceanów.

Znakomita większość państw na świecie, nie poddaje recyklingowi własnych śmieci, gdyż ich sortowanie i przetwarzanie jest trudne, energochłonne i może powodować zanieczyszczenie środowiska. Taniej jest wyeksportować problem zagranicę. Najczęściej kierunek transportu odrzutów odbywał się na linii kraje rozwinięte i rozwijające się – kraje biedne. Dziewięć najbogatszych gospodarek świata „utylizuje” w ten sposób nawet 87% wytwarzanych śmieci.

Jak twierdzą w swoim raporcie akademicy z Uniwersytetu Georgii, największym odbiorcą odpadów z tworzyw sztucznych są Chiny. Wykorzystując do analiz dane na temat światowego eksportu i importu - zaczerpnięte z baz ONZetoskich - badacze wyliczyli, że Państwo Środka przyjęło od roku 1992ego blisko 45% wszystkich śmieci wytworzonych w krajach rozwiniętych. Polityka Pekinu – o przyjmowaniu odpadów – była po części spowodowana opłacalnością tego procederu. Jak również faktem, że Chiny dysponują niezbędną infrastrukturą, która umożliwia łatwe przetopienie kłopotliwego „surowca” na zdatne do ponownego wykorzystania tworzywa sztuczne.

Niestety wraz z końcem 2017 roku, władze w Pekinie zdecydowały, że kraj nie będzie już dłużej światowym śmietniskiem. Oczywiście Chiny – świadome własnych ograniczeń i po części odpowiedzialne za ochronę środowiska naturalnego – w ramach akcji „Zielony Płot” wprowadzały już od początku drugiej dekady tego wieku tymczasowe ograniczenia na sprowadzenie odpadów. Jednak od początku 2018 roku obowiązuje całkowity zakaz przywozu „nieprzemysłowych tworzyw sztucznych”.  

Dla światowej gospodarki jest to spory kłopot. Zakładając, że produkcja śmieci pozostanie na obecnym poziomie – co już samo w sobie jest ryzykowne, nie bardzo wiadomo co zrobić z nadwyżkami, których nie odbiorą już Chińczycy.

Temat wyeliminowania szkodliwych dla środowiska opakowań jednorazowych, które stanowią znakomitą większość odpadów z tworzyw sztucznych trafił do głównego nurtu wiadomości i elektryzuje opinię publiczną. Jednak deklaracje polityków czy biznesmenów nie idą w parze z rzeczywistością. Rzadko która z branż przemysłowych jest gotowa na samodzielne recyklingowanie śmieci. Póki co ich składowanie jest jedyną opcją.

Zaleceniem akademików z Georgii, dla krajów rozwiniętych, jest natychmiastowa budowa nowoczesnej infrastruktury spalania i przetwarzania opakowań z tworzyw sztucznych. Ma to być w przyszłości spora przewaga konkurencyjna wobec mniej rozwiniętych państw, które „radzą” sobie ze śmieciami, usypując z nich tu i ówdzie hałdy. Naukowcy mają też proste przesłanie dla nas, mieszkańców ciągle jeszcze „zielonej” planety. Przestańmy na masową skalę korzystać z opakowań jednorazowych. W masie siła!

© Wyzwania nowoczesnego świata
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci