Menu

Wyzwania nowoczesnego świata

Idee i zdarzenia ze świata, ginące w zalewie informacji.

BDP w Finlandii: raport z placu boju

rafal.kinowski

Mija już rok od czasu gdy Finlandia wprowadziła pierwszy, wspierany przez rządową administrację, projekt dystrybucji bezwarunkowego dochodu podstawowego (BDP). Przypomnę, że od stycznia 2017 fińskie władze płacą losowo wybranej grupie 2000 bezrobotnych 560 euro, co miesiąc. Plan zakłada, że eksperyment potrwa jeszcze rok.

Warto w tym miejscu przywołać cele fińskiego doświadczenia z dochodem podstawowym, wprowadzonego przez centroprawicowy (!) rząd. Przede wszystkim chodziło sprawdzenie, czy dodatkowe pieniądze zaktywizują bezrobotnych. Ponadto władze chciałyby uprościć obecnie obowiązujący system świadczeń socjalnych.

Fińska opieka społeczna jest teraz niezwykle rozbudowana i skomplikowana. Dodatkowo wiele założeń - na których jest oparte wypłacanie kwot - powoduje, że świadczeniodawcy obawiają się szukać zatrudnienia, gdyż przychody z pracy skutkują niższą stopą życia (mniejsze dochody na członka rodziny i wyższe podatki).

Mimo, że zarówno administracja państwowa jak i obserwujący inicjatywę naukowcy dali sobie pełne dwa lata na ocenę symulacji wprowadzenia BDP, co i raz pojawiają się wstępne oceny. Zresztą trudno, aby było inaczej, skoro badanie nie jest anonimowe, a jego uczestnicy – beneficjenci – wyrośli przez moment na medialne gwiazdy.

Obecnie kurz po pierwszym szturmie dziennikarzy i reporterów z całego świata opadł. Można więc – korzystając z relacji Jona Henley’a z Guardiana – zajrzeć za kulisy fińskiego BDP.

Krytycy wykazują, że fiński eksperyment ma słabe podstawy, aby stać się pierwszym krokiem do wypłacania BDP wszystkim obywatelom. Uważają, że ograniczenie beneficjentów tylko do bezrobotnych, a także krótki okres trwania – 24 miesiące, nie dadzą w pełni odpowiedzi co do sensowności rozszerzenia inicjatywy na wszystkich mieszkańców kraju.

Specjaliści w dziedzinie nauk społecznych i behawioralnych uważają, że – wzorem miast holenderskich – powinno się zróżnicować grupę badanych obywateli, obejmując nim również osoby już pracujące, czy też pozostające bez zajęcia od dłuższego już czasu (a więc nie posiadające statusu bezrobotnego). Kontrowersje budzi też wysokość wypłacanego świadczenia, które nie uwzględnia czynników lokalnych. 560 euro w Helsinkach mają znaczne niższą siłę nabywczą, niż ta sama kwota otrzymywana w małym miasteczku czy na wsi.

Tymczasem badacze bardziej przychylni rządowemu testowi z BDP zwracają uwagę, że eksperyment może dać dużo dodatkowych informacji na temat beneficjentów, nawet wówczas gdy nie zostaną spełnione podstawowe założenia obniżenia bezrobocia.

Jednym z takich aspektów jest stan zdrowia świadczeniobiorców. Powszechnie wiadomo, że pozostawanie bez zatrudnienia silnie oddziałuje na psychikę osób bezrobotnych, co przekłada się na gorszy stan fizyczny oraz na jakość ich relacji społecznych. Zatem już sam fakt, że otrzymujący BDP ograniczą wizyty lekarskie czy spożycie leków będzie ciekawym – i ważnym – sygnałem, dotyczącym ludzkiej kondycji.

Nie mniej ważny jest czynnik biurokratyczny. Istnieje ponad czterdzieści różnych świadczeń, które wypłacane są w zależności od: stanu potencjalnego beneficjenta, jego wykształcenia, pochodzenia, miejsca zamieszkania, sytuacji rodzinnej, materialnej, zdrowotnej oraz – co ważne – dostępności funduszy. Całość to składa się na konieczność opłacana rzeszy urzędników opieki społecznej i podtrzymywania systemów informatycznych, które ogarniałyby skomplikowanie proceduralne. Samo wypełnianie wniosków przez ubiegających się o świadczenia, a następnie śledzenie ich drogi zajmuje obywatelom czas, którego nie mogą jednocześnie poświęcić na pracę.

Przedstawiciele administracji starają się nie komentować przebiegu badań nad BDP. Próba bieżącej oceny eksperymentu – w czasie jego trwania – będzie przedwczesna i może jedynie zaszkodzić, choćby z powodu braku pełnych danych. Tych zaś możemy się spodziewać dopiero w 2019 roku.

Godnym podkreślenia jest fakt, iż wprowadzenie programu pilotażowego – pomijając jego koszty - odbywa się przy jednoczesnym zachowaniu całego obecnie obowiązującego systemu świadczeń socjalnych. Przy wdrażaniu prawdziwego BDP likwiduje się nie tylko bieżące osłony socjalne, ale trzeba również przemodelować system emerytalny oraz podatkowy. To już samo w sobie jest zadaniem trudnym. Tym trudniejszym do wykonania, gdy wcześniej nie zrobi się żadnej symulacji, która sprawdzi jak zareaguje społeczeństwo na samą idee dochodu podstawowego.

Prywatne zyski, publiczne koszty

rafal.kinowski

Przeglądając ostatnio Guardiana trafiłem na artykuły autorstwa Aditya Chakrabortty’ego oraz Roba Daviesa, traktujące o mało znanym u nas zjawisku – ale jestem spojony, że wkrótce do nas dotrze – prywatnym finansowaniu inicjatyw (PFI).

Prawdopodobnie nigdy nie słyszeliście o firmie Carillion. Była to największa spółka budowlana początku XXI wieku w Wielkiej Brytanii, która specjalizowała się w przygotowywaniu infrastruktury na zlecenie rządu. Oto kilka powierzonych jej zleceń: sieć szerokopasmowego internetu, szpital uniwersytecki w Liverpoolu, projekt szybkiej kolei (nieszczęsna HS2 – łącząca Londyn z Birmingham, a potem z Manchesterem oraz Leeds, planowana od 10 lat, ciągle w budowie – pierwotne koszty urosły już niemal trzykrotnie), koszary wojskowe, sieć szkół publicznych (ale w prywatnych budynkach) oraz biblioteka w Birmingham (koniecznie obejrzyjcie jej zdjęcia).

Niestety, pomimo niewątpliwego pasma sukcesów – liczonego w miliardach funtów pozyskanych z budżetu, spółka Carillion jest na granicy bankructwa. Jej akcje potaniały w ciągu roku o 90%, prezesi zmieniają się jak rękawiczki, a wokół przedsiębiorstwa zaczynają krążyć wściekli wierzyciele. Teraz nad uratowaniem firmy-zombie głowią się przedstawiciele kilku ministerstw: zdrowia, edukacji, transportu, sprawiedliwości, spraw zagranicznych oraz lokalne samorządy.

Powód zamieszania jest prosty, firma Carillion jest po prostu zbyt duża, by upaść. Sedno problemów nie leży jedynie w prowadzeniu przez przedsiębiorstwo licznych – wspomnianych już wcześniej - rządowych kontraktów, ważnych dla funkcjonowania państwa. Spółka zatrudnia blisko 20 000 pracowników w Wielkiej Brytanii (i drugie tyle na świecie), posiada także rozbudowaną sieć dostawców, poddostawców i kooperantów. Na dodatek ma silne powiązania kapitałowe oraz projektowe z większością dużych firm infrastrukturalnych w Zjednoczonym Królestwie, a także w Europie. Jednym zdaniem: jej upadek byłby prawdziwą katastrofą budowlaną.

Źródłem kłopotów – jakie dotykają rynek budowlany - jest pomysł kolejnych rządów, aby oprzeć konstrukcję niezbędnej infrastruktury na formie partnerstwa publiczno-prywatnego, zwanego w Anglii prywatnym finansowaniem inicjatyw (PFI). W swoich światłych założeniach, państwo zleca budowę ważnego - z punktu widzenia kraju lub społeczności lokalnej - obiektu: szkoły, szpitala, lotniska lub koszar wojskowych prywatnemu przedsiębiorcy, który stawia budynek na swój koszt – z małą bonifikatą rządową – a następnie odbiera sobie poniesione koszty, administrując nim.

Rozwiązanie wydaje się proste jak drut, a na dodatek korzystne dla obu stron. Państwo (albo lokalny samorząd) ma niezbędną, nowoczesną infrastrukturę, a prywatny przedsiębiorca – zyski. Na dodatek powstaje pewna ilość miejsc pracy dla okolicznych mieszkańców. Czyżby sytuacja win-win? Niestety nic bardziej mylnego.

Być może wdrożeniu rozwiązania przyświecały jakieś ważne cele, jak: pobudzenie rynku budowlanego, przyspieszenie transformacji kraju, stworzenie nowych miejsc pracy czy wykorzystanie prywatnych funduszy na cele społeczne - a nie miliony funtów, pompowane do portfeli decydentów przez lobbystów. Jednak skończyło się jak zwykle.

Zyski zostały sprywatyzowane, a kosztami będą obłożeni wszyscy podatnicy.

Dziennikarz Guardiana, Aditya Chakrabortty, podaje inne przykłady, w których państwo będzie musiało brać na siebie zobowiązania prywatnych przedsiębiorców, aby uniknąć kłopotów.

Domy opieki dla osób starszych, Four Season, okazały się zbyt mało zyskowne dla jego obecnego właściciela Four Seasn Health Care Group. Trwają obecnie negocjacje, które zapewnią instytucji pomoc rządową. Jeśli zakończą się fiaskiem, 17 000 pensjonariuszy - osób schorowanych i starszych - będzie musiało w całości przejść na garnuszek państwa.

Podobne zamieszanie dotyczy sieci kolejowej Virgin Trains, która miała utrzymać połączenia na wschodnim wybrzeżu. Niestety inwestycja okazała się nierentowna i VT chce wycofać nieopłacalne połączenia, odcinając tysiące osób od podstawowego środka transportu. Z dużym prawdopodobieństwem państwo będzie musiało odkupić - już raz sprywatyzowane linie, co – oczywiście - nie przeszkodzi VT w dalszej ekspansji na rynku kolejowym i przejmowaniu kolejnych tras.

 

Poniższe przykłady nie dotyczą póki co Polski, tylko mistycznej krainy na Dalekim Zachodzie, zwanej Wielką Brytanią. A skoro jest ona odległa, może się nam wydawać obojętna. Niestety nie. Prawdopodobnie kłopoty brytyjskiego projektu finansowania publicznej infrastruktury prywatnymi pieniędzmi nie odnoszą się do naszych obywateli bezpośrednio (chyba że chwilowo przebywają oni w Zjednoczonym Królestwie), ale stanowią przestrogę, aby nie powielać błędów Brytyjczyków.

 

Szczególnie, że istnieje spore ryzyko, że w szczytnej walce ze smogiem, wykorzystamy publiczne pieniądze do zamknięcia centrów miast dla biednych, a dofinansujemy wymianę samochodów – na bardziej ekologiczne – bogatym. Pozostawiając jednocześnie główną przyczynę zanieczyszczeń, czyli stare piece i kotłownie, bez zmian.

Dataizm

rafal.kinowski

Zacznę górnolotnie od stwierdzenia, że historia naszej cywilizacji opiera się na dążeniu do wolności. Kiedy zaś już udało nam się posiąść namiastkę swobody do stanowienia o sobie, swoim majątku i dalszych losach, poczuliśmy potrzebę zabezpieczenia zdobyczy. Ustanowiliśmy prawo własności, które wprawdzie nieco ograniczało naszą pierwotną wolność, ale jednocześnie dawało ochronę tego, co posiadamy. Skoro zaś mamy już wolność wyboru oraz potrafimy ochronić naszą własność – zasmakowaliśmy w prywatności. Chcemy się cieszyć tym co osiągnęliśmy sami lub - ewentualnie - w gronie osób, które sami sobie wybierzemy.

Tymczasem wraz z ogólnym wzrostem dobrobytu i rozwoju technologicznego pojawiła się masowa potrzeba wygody. Niestety – co jest w jakimś sensie paradoksem naszych czasów – coraz dalej idące udogodnienia, które zyskujemy dzięki nowoczesnym technologiom, działają w przeciwnym kierunku niż nasze pierwotne cele.

Zapewnienie wygody w przyszłości będzie kosztować nas: prywatność, prawo do zarządzania własnością oraz wolność wyboru. Jak twierdzi historyk i antropolog, Yuval Harari, pozbędziemy się atrybutów naszej cywilizacji, aby oddać się nowej religii – dataizmowi.
Ale po kolei.

Sztuczna inteligencja już teraz podejmuje za nas bardzo dużo decyzji, wpływających na nasze życie, bez naszego świadomego zaangażowania. Komputery starają się namierzyć indywidualny wzorzec zachowań, a następnie jak najlepiej dopasować – dla naszej wygody - otoczenie. W ten sposób otrzymujemy skrojone pod nas oferty sklepów (nie tylko internetowych), biur podróży, klubów czytelniczych, wypożyczalni filmów czy wiadomości. To, czym nie interesowaliśmy się wcześniej – z szerokiego spektrum zjawisk, otaczającego nas świata – nie przebije się do naszej świadomości. Usłużne systemy, badające indywidualne potrzeby ludzi, ale jednak operujące na pewnych ogólnych schematach zachowań, uwolnią nas od zalewu informacji i pozbędą kłopotu przeglądania niechcianych propozycji handlowych. To nie jest wizja odległej przyszłości. Tak wygląda rzeczywistość, w której żyjemy.

Jednak sztuczna inteligencja nie ogranicza się tylko do zaspokajania próżności. Liczne badania potwierdzają, że wysuwanie wniosków na podstawie analizy dużej ilości danych, skutkuje podejmowaniem lepszych decyzji. Na tym polu maszyny już dawno prześcignęły ludzkie zdolności.

Zastąpienie ludzkiego osądu, decyzjami podejmowanymi przez sztuczną inteligencję, z pewnością pozwala na wyeliminowanie stronniczości, a także błędów. Niestety ostatecznie zawęża to nasze pole widzenia, a co za tym idzie – wolność wyboru. Nasze życie staje się inspirowane – co brzmi o niebo lepiej niż kształtowane – przez firmy, które tworzą wokół nas otoczkę wygody, jak Facebook, Google czy Amazon.

Nie musimy wiele poświęcać, aby dać się zaopiekować firmie, która chce nam ułatwić życie. Na początku potrzeba jedynie nieco informacji, które podważą naszą prywatność. Podajemy dane dotyczące miejsca naszego pobytu, tego co kupiliśmy lub zjedliśmy. Dzięki temu możemy korzystać z podpowiedzi dotyczących szybszej drogi przejazdu przez miasto, wyższego rabatu na zakupy czy diety - bardziej odpowiedniej dla naszej grupy krwi lub aktywności. Co więcej nasz indywidualne dane skupione przez jedną firmę, zostają przekazane (sprzedane) innej, która za chwilę oferuje nam lepszą ofertę na ubezpieczenie samochodu, luksus uczestniczenia w przedsprzedażach lub wyjazd do ośrodka spa.

Co ciekawe, składane nam propozycje nie opierają się już na naszych indywidualnych potrzebach, ale stanowią wzorzec zachowań osób, które na pewnym etapie podjęły podobne do nas decyzje. Sztuczna inteligencja stara się jedynie przewidzieć, jaki może być nasz następny krok i już tam być.

Konieczność szukania produktów czy usług, a przede wszystkim uciążliwość procesu, jest szansą dla firm, które dzięki wykorzystaniu sztucznej inteligencji, rzucą nam koło ratunkowe.

Bogactwo wyboru też może się okazać ułudą. Największy sprzedawca online, Amazon, posiada olbrzymi katalog produktów. Jednak gdy zawęzimy nasze wyszukiwania do podpowiadanych rekomendacji, szybko okaże się, że przysługująca nam oferta jest wyjątkowo skąpa. Jedyne co powoduje, że jej nie odrzucamy, jest to, że została przygotowana na podstawie naszych wcześniejszych zachowań. Mamy więc poczucie wyjątkowości i dopasowania. To w sumie interesujące zjawisko, że wraz z coraz większą ilości udostępnionych danych osobistych, zakres proponowanych artykułów czy usług się zawęża, a nie poszerza.

Wkrótce okaże się, że udostępnienie bardziej szczegółowych - i wrażliwych - danych na nasz własny temat stanie się nieodzowne, dla polepszenia stanu zdrowia czy stylu życia. W celu lepszej diagnozy będziemy musieli się dzielić z nadzorującym nasz tryb życia asystentem osobistym, nie tylko ilością uderzeń serca na minutę czy przebytych kroków. Analizowane będzie spożywane przez nas jedzenie - nie tylko pod kątem ilości kalorii i wartości odżywczych, ale też miejsca pochodzenia spożytych artykułów. Skrupulatniej zostanie prześledzona nasza aktywność fizyczna. System pobierze bardziej szczegółowe dane na temat procesów zachodzących w naszym organizmie. Będziemy lepiej zdiagnozowani, bo przekażemy więcej danych.

Uchylimy naszą prywatność, aby zyskać możliwość dłuższego życia w lepszym zdrowiu. To jest właśnie sedno opisywanej przez Harariego nowej religii – dataizmu. Będziemy się dzielić ze sztuczną inteligencją wszystkim co nas dotyczy, za obietnicę lepszego życia.

Ktoś mógłby narzekać, że oddanie naszego losu maszynom skaże nas na przykre konsekwencje. Gdy nasze: relacje, kupowane produkty oraz możliwość dokonywania wyborów zostaną ograniczone, przestaniemy dostrzegać alternatywne ścieżki. Jeśli nadal będziemy się kierować jedynie naszą wygodą, odrzucimy inne punkty widzenia. Zamrze debata publiczna, konstruktywna krytyka, a społeczeństwo się rozwarstwi wzdłuż linii, wyznaczanych przez podziały polityczne, czy komercyjne. Osłabimy empatię, społeczną spójność i lokalne więzy.

Czy taka wizja przyszłości powinna budzić nasze obawy? Nieszczególnie. Albo ujmę to inaczej. Nie bardziej niż lęk pierwszych odkrywców, którzy wyruszali na kruchych łupinach przez Atlantyk, aby odnaleźć Nowy Świat. Tak ja oni, również my, nie mamy – co za ironia - większego wyboru.

Wspominałem już powyżej, że decyzje podejmowanych przez sztuczną inteligencję są obarczone mniejszym błędem, a zdolności analityczne daleko prześcigają ludzkie. Co za tym idzie, maszyna postawi lepszą diagnozę, niż lekarz dowolnej specjalizacji, dokładniej policzy prawdopodobieństwo wystąpienia jakiegoś zjawiska oraz nie ulegnie stronniczości opinii. Podjęte przez sztuczną inteligencję wybory są więc bardziej optymalne, w porównaniu z ludzkimi. Komputer lepiej przewidzi przyszłość naszego związku z daną osobą czy szanse kariery. To wszystko już jest policzone. I oczywiście mogą się zdarzyć sytuacje, gdy w pojedynczych przypadkach człowiek podejmie decyzję lepszą niż maszyna. Ale to się dzieje coraz rzadziej. A kto z nas chciałby wieść życie, w którym podejmie same złe decyzje?

Prezes nie jest kapitanem statku

rafal.kinowski

Od czasu gdy zmiany właścicielskie w korporacjach wyeliminowały pierwotnych założycieli spółek (lub ich spadkobierców) na rzecz funduszy inwestycyjnych, trudno jest określić na czyją korzyść mają działać dyrektorzy zarządzający. Rozproszony akcjonariat, posiadający czasami sprzeczne, ale za to krótkookresowe cele, musiał wprowadzić szereg mierników, według których oceniał – i wyceniał – działania prezesa i zarządu. W praktyce władze spółki same kształtowały własne wynagrodzenia, windując je czasem do niebosiężnych poziomów. Ponad przeciętne uposażenia miały gwarantować właścicielom, że menedżerowie będą działać w interesie zarządzanej spółki.

Prawdopodobnie słyszeliście o poważnej wadzie w sposobie projektowania procesorów komputerowych, która nie została naprawiona przez ostatnie dwie dekady. Gdyby nie odkrycie grupy badaczy, zajmujących się bezpieczeństwem w sieci, być może nadal pozostawalibyśmy w błogiej nieświadomości zagrożenia. A tak wiemy, że niemal każdy serwer, komputer czy urządzenie mobilne, są podatne na atak hakerski i przejęcie poufnych informacji.

Jedna luka, która dotyczy jedynie procesorów produkowanych od 1995 roku przez Intela, nazywa się Meltdown, zaś druga – Spectre – jest obecna w jednostkach wszystkich producentów. Specjaliści twierdzą, że zagrożenie jest realne, ale wygląda na to, że hakerzy – podobnie jak producenci – nie namierzyli wady. Co za tym idzie, nie przeprowadzili żadnych ataków, które miałyby ją wykorzystać.

Nie jestem specjalistą od architektury komputerowej, więc nie będę się wypowiadał na temat skali potencjalnego ryzyka. Podobno odpowiednia „łatka” zabezpieczająca urządzenia ma być wydana w ciągu kilku dni. Bardziej interesujące – z mojego punktu widzenia – jest zachowanie firmy, która jest odpowiedzialna za całe zamieszanie, a więc Intela.

Problemy Intela, a co za tym idzie wszystkich użytkowników komputerów, wynikają ze zjawiska opisywanego w literaturze jako „winner takes all”. Polega ona na tym, że jeden podmiot na tyle dominuje pewną branżę, że klienci nie mają możliwości korzystania z innych, konkurencyjnych rozwiązań. W przypadku branży procesorów komputerowych mamy dominację Intela, skupiającego około 70% rynku. Drugi, w zasadzie jedyny konkurent, AMD ma pozostałe 30%. Tak więc w momencie awarii - czy jakiegokolwiek kłopotu technicznego - nie ma możliwości skorzystania z rozwiązań alternatywnych. Użytkownicy stają się zakładnikami wiodącej korporacji.

Wróćmy do Intela. Szeroka opinia publiczna dowiedziała się o luce w procesorach na przełomie roku. Jednak specjaliści od bezpieczeństwa - którzy odkryli wadę - powiadomili producenta o zaistniałym problemie już w czerwcu. Jak sądzę, liczyli naiwnie, że ten zajmie się naprawą zanim cała sprawa ujrzy światło dzienne.

Podobno w przypadku Meltdown wystarczy zwykły update systemu. Jednak Spectre będzie wymagało - prawdopodobnie – gigantycznej akcji serwisowej polegającej na wymianie wadliwych procesorów. Nic więc dziwnego, że zarząd Intela po ludzku – a raczej po strusiemu – schował głowę w piasek.

Chociaż nie wszyscy postąpili równie tchórzliwie. Najbardziej brawurowym posunięciem „wsławił się” prezes Intela, Brian Krzanich, który jeszcze w listopadzie – a więc w momencie gdy już było wiadomo o wadach procesorów, ale jeszcze na długo przed upublicznieniem tego faktu - sprzedał cały posiadany pakiet akcji spółki, poza niezbędnymi minimum – 250 000 sztuk - do którego utrzymania obliguje go kontrakt.

Choć trudno w to uwierzyć, rzecznik Intela tłumaczy, że upłynnienie udziałów prezesa, i innych członków zarządu, było wcześniej zaplanowane i należy do corocznego zwyczaju sprzedaży papierów wartościowych, w ramach lepszego zarządzania własnymi aktywami.

Wydaje mi się, że nie ma większego sensu, aby piętnować Briana Krzanicha za swoje posunięcie. Myślę, że większość ludzi – mających dostęp do kluczowych informacji – postąpiłoby podobnie, i również sprzedało akcje. W chwili zagrożenia nie ma czasu na sentymenty. Górę bierze instynkt przetrwania. Zresztą Krzanich jest związany ze spółką od 1982 roku, ale do zarządu dostał się dopiero w 2012. Prezesem został rok później. Nie miał więc realnego wpływu na decyzje swoich poprzedników, którzy dopuścili do powstania, a następnie ukrycia wady.

Przypadek Intela powinien, według mnie, zwrócić uwagę na dwie inne sprawy.

Po pierwsze pokazuje jak niebezpieczne jest dążenie rynków do monopoli. W momencie realnego zagrożenia, konsumenci nie mają szans na skorzystanie z alternatywnych rozwiązań. Problem konsolidacji dotyczy każdego sektora gospodarki. Maleje ilość banków, firm chemicznych, telekomunikacyjnych czy browarów. Powstają koncerny zbyt wielkie by upaść, których zachwianie grozi całej globalnej gospodarce. Poza Unią Europejską nie istnieją żadne poważne instytucje, które chroniłyby konsumentów przed monopolizacją rynków.

Druga kwestia dotyczy odwiecznego problemu nadzoru nad poczynaniami menedżerów, aby chcieli oni realizować zadania zlecone przez właścicieli. Prezesi korporacji otrzymują niebotyczne wynagrodzenia, aby strzec interesów udziałowców i działać w ich jak najlepszym interesie. Trudno uznać, aby uposażenia pobierane przez dyrektorów zarządzających Intela, zarówno w gotówce, jak i papierach wartościowych, obróciły się na korzyść właścicieli. Szczególnie w kontekście prawdopodobnej akcji wymiany wszystkich procesorów.

Czego „nie widzi” sztuczna inteligencja

rafal.kinowski

Fakt, że zarządzający funduszami finansowymi (szczególnie firmy hedgingowe) oraz animatorzy rynków giełdowych (dbający o zachowanie pozorów płynności) korzystają z dobrodziejstw sztucznej inteligencji nie powinien nikogo dziwić. Po wielokroć już okazało się, że „nakarmiona” dużą ilości danych potrafi ona identyfikować nowe, zupełnie nieoczywiste wzorce zachowań, których zastosowanie daje przewagę konkurencyjną. Szczególnie nad tymi, którzy wciąż wierzą w analityczną moc ludzkiego umysłu.

Problem polega - jak zwykle - na rodzaju danych, którymi „karmi się” maszynę. Wykorzystanie na szeroką skalę sztucznej inteligencji przy analizowaniu rynków finansowych upowszechniło się jakiś czas temu. Rada Stabilności Finansowej (FSB – Financial Stability Board – międzynarodowe ciało powołane przez G20 po ostatnim kryzysie) zauważa, w swoim raporcie, że ilość przetwarzanych przez automaty informacji finansowych wzrosła w ciągu ostatnich siedmiu lat 10-krotnie. Przy czym przyrost gromadzonych danych jest - rok do roku - coraz większy.

Oznacza to, że sztuczna inteligencja ma precyzyjne – czasami nawet zbyt precyzyjne - dane analityczne za okres ostatnich trzech lat i nieco gorsze za lata wcześniejsze, kiedy to – z grubsza - zbierane były tylko te informacje, które mogły przebadać ludzkie mózgi.

Nierównowaga w zakresie zebranych danych jest istotna. Maszyny odnoszą swoje prognozy czy wzorce zachowań do lat, które są najlepiej udokumentowane. Każdy kolejny okres powoduje przyrost informacji, ale są one korygowane w stosunku do okresu bazowego. Im mniej pełne dane z lat wcześniejszych, tym trudniej maszynom o sensowne porównanie ich z sytuacją bieżącą. W skrócie: dla sztucznej inteligencji każdy kolejny rok to rodzaj odniesienia do okresu, który uzna ona za normę.

Tymczasem analogowi analitycy wiedzą, że w gospodarce po Wielkiej Recesji zaszło wiele zmian, które z normalnością mają niewiele wspólnego. Być może niektórzy pamiętają „szalone” próby ratowania instytucji finansowych przez banki centralne. Mieliśmy: drukowanie taniego pieniądza, obniżanie stóp procentowych, rzucanie na rynki obligacji, częściową nacjonalizację bankrutów, skupowanie toksycznych aktywów, i inne podobne działania ad hoc, które nie licują z zachowaniem instytucji gwarantujących stabilność finansową.

Czasy radosnej twórczości banków centralnych mamy – chwilowo – za sobą, ale efekty tych działań pozostaną z nami na dłużej. Stopy procentową są niskie – czasami, jak w przypadku Szwajcarii, grubo poniżej zera. Zalew taniego pieniądza też ma swoje negatywne konsekwencje. Wspomnę tutaj o dwóch. Zarządy firm często decydują się – z powodu nadmiaru gotówki na kontach – na skupowanie własnych akcji, zamiast na rozkręcaniu inwestycji. W samych Stanach Zjednoczonych szacuje się, że 10% notowanych publicznie przedsiębiorstw to spółki–zombie. (Technicznie rzecz ujmując: zombie to organizacja, działająca na rynku od co najmniej 10-ciu lat, której roczne przychody nie pokrywają kosztów.)

Szef Banku Rezerw Federalnych z Dallas, Robert Kaplan, wylicza jeszcze inne anomalie „otrzymane” w spadku po Wielkiej Recesji: rekordowo wysoka skala zadłużenia korporacji (rynek obligacji firmowych niemal się potroił od roku 2007), niska zmienność rynku giełdowego (brak poważnych korekt notowanych spółek od roku), i wreszcie najlepsze – kapitalizacja amerykańskich giełd stanowi 143% PKB Stanów Zjednoczonych.

Dla posiadaczy dłużej pamięci - niż ostatnie pół dekady – sytuacja rynków finansowych jest niestabilna i daleka od normalności. Do tej pory niska zmienność giełd była dla analityków sygnałem przegrzania i oznaką nadciągającej korekty – choć oczywiście wiedzieli o tym dopiero po fakcie. Tak było w roku 2000 (bańka dot-comów) oraz 2007 (bańka hipoteczna).

Tymczasem sztuczna inteligencja, która przejmuje zarządzanie funduszami inwestycyjnymi, jest ślepa i głucha na tego typu ostrzeżenia. Jej „pamięć” wydarzeń jest krótsza, a analiza normalizuje anomalie. Wydaje się, że nie bez przyczyny - wspomniana już - Rada Stabilności Finansowej (FSB) niepokoi się o przyszły kształt globalnego rynku finansowego. Optymalizacja działań funduszy inwestycyjnych -   dokonywana przez maszyny - nie uwzględnia w pełni historycznych zaszłości. W sytuacji gdy z „naszego” punktu widzenia będziemy dążyć do normalności, sztuczna inteligencja może postawić na zwalczenie ekstremum i powrotu do jej status quo.

© Wyzwania nowoczesnego świata
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci