Menu

Wyzwania nowoczesnego świata

Idee i zdarzenia ze świata, ginące w zalewie informacji.

Gorszy pieniądz wypiera lepszy

rafal.kinowski

Nie jest żadną tajemnicą, że różne kraje w odmienny sposób traktują swoich obywateli. Te – powiedzmy – bardziej cywilizowane, kładą nacisk na zaufanie. Oznacza to, w uproszczeniu, że każdorazowy kontakt z administracją – krajową lub lokalną – oparty jest na zrozumieniu, że człowiek przychodzi do urzędu, aby załatwić konkretną sprawę. Stąd przyjazność procedur, prostota formularzy i – ewentualnie - składanie potrzebnych oświadczeń. Biurokracja jest ograniczona do niezbędnego minimum.

Z oczywistych względów, skoro są państwa ufające obywatelom, muszą być też te drugie, które na każdego petenta patrzą z podejrzliwością. W kontaktach z urzędami dominuje wówczas wrogość – często obustronna. Załatwienie – nawet najprostszej – sprawy, to istna droga przez mękę. Każdy krok wymaga morza papierów, parafek i zaświadczeń. Pieczątek, podpisów, adnotacji. Najlepiej wszystko mieć poświadczone notarialnie. Każdy dokument trzeba mieć w oryginale, nawet gdy administracja posiada już jego kopię. Urzędnik musi sprawdzić, czy obywatel nie przyszedł go wykiwać. Każdy składany świstek, jest drobiazgowo sprawdzany i poddawany weryfikacji.

Śmiesznie się robi, gdy oba światy wchodzą ze sobą w interakcję.

Dobrym przykładem jest brytyjski rejestr spółek handlowych – Companies House. Ku zdziwieniu działaczy organizacji pozarządowych, które zajmują się transparentnością działalności gospodarczej, okazało się, że procedury rejestracji przedsiębiorstwa na Wyspach nie podlegają – co za ironia - żadnej kontroli.

To z kolei rodzi pewne konsekwencje. Oto zdarzenie zarejestrowane w zeszłym tygodniu, które bardzo poruszyło aktywistów. Otóż znany rosyjski przedsiębiorca z branży technologicznej, Paweł Durow – twórca popularnego komunikatora Telegram, założył w Wielkiej Brytanii spółkę, nazwał – jakże by inaczej – Telegram, następnie wpompował w nią 800 milionów funtów i ... stał się obywatelem Zjednoczonego Królestwa.

Szybko okazało się, że prawdziwy Paweł Durow nie wykonał żadnej z powyższych czynności. Ktoś inny złożył oficjalne formularze rejestracyjne, podszywając się pod rosyjskiego oligarchę. Jednak mimo, że oszustwo wyszło na jaw, Companies House nie usunęło zapisu spółki ze swoich ksiąg. Co więcej, firma założona przez pseudo-Durowa jest uważana – w świetle obowiązujących przepisów – za legalnie działający podmiot gospodarczy.

Po przejrzeniu rejestrów zgromadzonych w Companies House – tak, to niemal niewiarygodne, ale wszystkie informacje na temat spółki, jak: wyniki finansowe, skład zarządu czy informację o właścicielach można sprawdzić online – wyszło na jaw, że przypadek Durowa nie jest żadnym wyjątkiem. Organizacja Global Witness odkryła, że 4000 tysiące zarejestrowanych w Wielkiej Brytanii przedsiębiorstw ma właścicieli w wieku poniżej 2 (słownie: dwóch) lat. Na liście jest też pięć osób, z których każda włada 6000 firm.

Dla osób, które – jak aktywiści z Global Witness – prześwietlają rejestry przedsiębiorstw, aby tropić zawiłości powiązań właścicielskich międzynarodowych koncernów, powyższe rewelacje były szokiem.

Okazało się bowiem, iż w kraju miłującym swobody obywatelskie - i zakładającym, że każdy człowiek działa z dobrych pobudek, nikt nie pilnuje porządku w papierach. Nie ma odpowiednich służb, które by śledziły, weryfikowały i ścigały tych, którzy próbują naruszyć dobre obyczaje.

Trzeba przyznać, że reakcja środowisk - dbających o przejrzystość w życiu gospodarczym - jest gwałtowna i rygorystyczna. Przepisy - na mocy których działa Companies House - uznano za jedną wielką lukę prawną. Na pierwsze miejsce wysunęły się zarzuty o braku jakiejkolwiek weryfikacji danych, przyjmowanych do tej pory „w dobrej wierze”. Dopatrzono się też małej aktywności urzędu w przypadku odkrycia nieścisłości w składanych deklaracjach. Pojawiły się postulaty nadania Companies House uprawnień do dokładnego nadzorowania wpisów w rejestrach oraz ścigania i karania, tych którzy publikują nieprawdę.

Zresztą Companies House pokazał już w tym roku pazurki, kiedy to nałożył grzywnę w wysokości 12 000 funtów na biznesmena, który postanowił udowodnić politykowi, jak łatwo zarejestrować spółkę posługując się fałszywymi danymi.

Wiele spółek międzynarodowych wykorzystuje brytyjską jurysdykcję prawną (głównie terenów zamorskich należących do Korony) do tworzenia skomplikowanej sieci powiązań biznesowych. Powoływanie się na tajemnicę korporacyjną ma zazwyczaj na celu ukrycie prawdziwej tożsamości właścicieli, którzy przez spółki w rajach podatkowych starają się uniknąć podatków.

Kwestia zainteresowania się działaniem Companies House stała się o szczególnie istotna, gdy padają pytania o faktyczną własność niektórych londyńskich nieruchomości czy przyczynę wzmożonej rejestracji spółek przez polityków i biznesmenów z krajów o wątpliwej reputacji, jeśli idzie o ściganie korupcji.

Tak niestety wygląda zderzenie dwóch różnych koncepcji traktowania obywateli. Jednej która każe im ufać i składać deklaracje „w dobrej wierze” oraz drugiej – wymagającej zaświadczeń i cyrografów, a w razie oszustwa – karzącej bezwzględnie. Gorszy pieniądz wypiera lepszy.

Algorytm wyczyta chorobę z oka

rafal.kinowski

Amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków (FDA) zatwierdziła w zeszłym tygodniu oprogramowanie, oparte na sztucznej inteligencji, które zastępuje potrzebę interpretację zdjęć medycznych przez wyspecjalizowanych lekarzy.

Na razie proces diagnostyczny ograniczony jest tylko do jednego schorzenia: retinopatii cukrzycowej. Patologicznej zmiany siatkówki oka, efektu powikłania po cukrzycy, będącej główną przyczyną utraty wzroku u cukrzyków.

Rozwiązanie udostępnione przez startup IDx wymaga dokonania zdjęcia siatkówki pacjenta specjalną kamerą. Następnie fotos jest przesyłany do chmury obliczeniowej, która analizuje obraz informując o wykryciu retinopatii – lub jej braku, co oznacza konieczność wykonania podobnego zabiegu kontrolnego za rok.

Podstawą decyzji o przyjęciu oprogramowania firmy IDx w diagnozowaniu powikłań po cukrzycy, jest jego precyzyjność. FDA ustawiła wysoką poprzeczkę przed twórcami rozwiązania informatycznego. Podczas sprawdzania poprawności działania systemu wykorzystano 900 zdjęć soczewek konkretnych pacjentów.

Program IDx-RD okazał się skuteczniejszy od lekarzy, którzy również oceniali zdjęcia. Sztuczna inteligencja poprawnie zidentyfikowała zarówno zmiany chorobowe u pacjentów – nawet we wczesnej fazie rozwoju, jak również z lepszą dokładnością potwierdzała brak oznak schorzenia. Jej precyzyjność w diagnozowaniu dała podstawę FDA do wydania zgody na stosowanie tego rozwiązania technologicznego w leczeniu.

Nie trzeba tłumaczyć, że wydanie przez FDA zgody na diagnozowanie zdjęć przez sztuczną inteligencję, jest przełomem. Technologiczni giganci – jak IBM czy Google – od lat wydają fortuny, aby gromadzić olbrzymie ilość danych medycznych, które umożliwią tworzenie zaawansowanych systemów – opartych na sztucznej inteligencji – do rozpoznawania chorób.

Na przykład, wspomniany już wyżej Google, we wrześniu zeszłego roku ogłosił, że jego spółka zależna – Verily, korzystając ze zgromadzonych na potrzeby analityczne zdjęć siatkówek, znalazła prawidłowość, łączącą zmiany tego organu ze zwiększeniem ryzyka zawału serca.

Oczywiście do usankcjonowania podobnej metody diagnostycznej jeszcze daleko. Jednak przeanalizowanie ponad 300 000 obrazów oka, dało sztucznej inteligencji podstawę do powiązana pewnych oznak na siatkówce z późniejszymi problemami sercowymi. Być może dalsze „karmienie” algorytmów danymi zaowocuje wykryciem równie ulotnych związków pomiędzy zmianami organów, a występowaniem konkretnych schorzeń, które byłyby nie do zauważenia przez człowieka.

Chiny liderem finansowania energii odnawialnej

rafal.kinowski

Chiny są – bez wątpienia - największym na świecie emitentem gazów cieplarnianych. Jednak ich polityka, nie tylko buńczuczne zapowiedzi dożywotniego prezydenta - Xi Jinpinga, jest nakierowana na zmianę tej sytuacji. Determinację władz odzwierciedla skala inwestycji w energię odnawialną.

Zanim przejdę do szczegółów, przypomnę jak prezentuje się miks energetyczny, a więc struktura produkcji energii ze względów na rodzaj surowca - dwóch największych gospodarek świata. Chiński miks za rok 2016 wyglądał następująco: 65% węgiel, 20% woda, 4% wiatr i 4% atom. W sumie z odnawialnych źródeł wytworzono blisko 32% potrzebnej energii elektrycznej. Takie dane można znaleźć w raportach Międzynarodowej Agencji Energii.

Dla porównania Stany Zjednoczone produkują 37% energii z ropy naftowej, 29% z gazu ziemnego, 15% z węgla, 10% ze źródeł odnawialnych (z czego blisko połowa pochodzi ze spalania biomasy).

Tymczasem z raportu, sygnowanego przez Program Środowiskowy ONZ i Bloomberga, wynika, że Państwo Środka wydało w zeszłym roku blisko 126 miliardów dolarów – pomijając koszty wielkich projektów hydroelktrycznych – na odnawialne źródła energii. To niemal połowa ogólnoświatowych inwestycji. 2/3 pieniędzy na czystą energię trafiło do sektora energii słonecznej,  której obecny udział w miksie wynosi około 1 procenta. 80 miliardów dolarów umożliwi zaopatrzenie w prąd 38 milionów chińskich gospodarstw domowych.

Drugie na podium Stany Zjednoczone zainwestowały zaledwie 30% chińskiego wkładu, a więc 40 miliardów dolarów. Na trzecim miejscu znajduje się Japonia (13,5 miliarda) nieznacznie wyprzedzając Indie (11 miliardów) i Niemcy (10,5 miliarda).

Autorzy zestawienia zwracają uwagę, że Chiny prześcignęły Stany Zjednoczone w wielkości sum przeznaczanych na energię odnawialną już w 2009 roku – wówczas różnica wynosiła zaledwie 14 miliardów, ale od tamtego czasu, co znamienne, dysproporcje w kwotach inwestycji tylko rosły.

Co ciekawe, i warte odnotowania, to fakt, że po raz drugi w historii inwestycje w energię odnawialną państw rozwijających się – jeśli nadal uznajemy Chiny za gospodarkę rozwijającą się – są wyższe (o to znacząco 67% do 33%) w porównaniu z krajami rozwiniętymi.

Agresywna polityka Pekinu, aby stawiać na energię odnawialną, nie jest tylko kwestią mody. Oczywiście - medialnie – posunięcie Chin jest doskonałą akcją public relation, ale podstawy decyzji są prozaiczne. Jakość powietrza w stolicy, lub silnie uprzemysłowionych prowincjach, jest tragiczna i stanowi zagrożenie dla zdrowia mieszkańców.

Autorzy publikacji zwracają uwagę, że chińska dynamika przechodzenia na czystą energię może budzić zachwyt, ale wynika często z problemów niskiej bazy. Innymi słowy, łatwo jest podnieść udział energii słonecznej o 100% czy 150% rok do roku, gdy ogólny jej udział w miksie stanowi – jak wspominałem wyżej – 1%.

Po drugie, chińskie inwestycje w energię odnawialną opierają się na rządowych dotacjach. Brak jest istotnego wkładu ze strony prywatnej inicjatywy. Tak długo jak strumień gotówki będzie się wpisywał w politykę władz, sektor może się rozwijać bez przeszkód. W razie jakichkolwiek turbulencji – na przykład mierzenia się ze zbyt dużym długiem publicznym, czy wyznaczeniu nowych ważnych celów rozwojowych – strumień pieniędzy może wyschnąć.

Jak kontrolować tych, którzy kontrolują

rafal.kinowski

Brytyjska Agencja ds. Poważnej Przestępczości Zorganizowanej (Serious Organised Crime Agency – SOCA) miała przeciwdziałać procedurze prania brudnych pieniędzy. Zamiast tego pozwoliła przekazać bankowi JPMorgan Chace 875 milionów dolarów - z podejrzanego kontraktu na sprzedaż paliwa - na konto skorumpowanego nigeryjskiego polityka. Tak wynika z dokumentów złożonych przed Wysokim Trybunałem, które odkryła organizacja pozarządowa Finance Uncovered.

Historia podejrzanych nigeryjskich transakcji handlu ropą naftową sięga jeszcze czasów końca zeszłego wieku. Ówczesny minister odpowiadający za wydobycie surowca, Dan Etete, założył specjalną spółkę, w której posiadał ukryte znaczne udziały, a następnie przydzielił jej roponośną działkę u wybrzeży Nigerii.

Po odejściu z urzędu, Etete stał się faktycznym właścicielem praw do wydobycia surowca i długo przebierał w ofertach zagranicznych potentatów. W 2011 roku jego wybór padł na Shella oraz włoskie Eni, które zaoferowały w sumie 1,1 miliarda dolarów za prawa wydobycia ropy.

Co ciekawe, obie - wyżej wymienione - spółki miały świadomość, że podpisują umowy ze skorumpowanym byłym politykiem, gdyż był on już skazany za podobny proceder prania brudnych pieniędzy w 2007 roku. Choć tu należy od razu dodać, że były minister Etete nie był żadnym wyjątkiem wśród członków nigeryjskich rządów, gdyż wielu jego poprzedników i następców, dokonywało podobnych uwłaszczeń na oddanym im do zarządzania majątku.

Sprawa może się wydawać „wiekowa”, gdyż dotyczy lat 2011-13. Rzuca jednak nowe światło na działanie organów powołanych do chronienia przed praniem brudnych pieniędzy. Stawia też istotne pytania na temat skuteczności i odpowiedzialności za przeciwdziałanie międzynarodowej przestępczości.

Po podpisaniu feralnych umów przez Shella i Eni, sprawą zajęła się holenderska i włoska prokuratura. Z kolei kwota transakcji czekała cierpliwie na koncie brytyjskiego oddziału JPMorgan Chase, gdyż jej przelew został zablokowany przez SOCA. Jednak po uzyskaniu – w sierpniu 2011 roku - przez bank pozwolenia od agencji, sporna suma została przelana na konto nigeryjskiego eksministra.

Wówczas do akcji wkroczyły władze Nigerii, oskarżając JPMorgan Chase o rażące zaniedbanie obowiązków. Ten zaś broniąc się przed roszczeniami nigeryjskiego rządu, twierdzi, że wielokrotnie upominał się o pozwolenie od SOCA na dokonanie płatności, i nagle – zupełnie niespodziewanie - je otrzymał, zresztą - co za kuriozum – na życzenie strony nigeryjskiej. A skoro nie było już żadnych przeszkód prawnych, zrealizował przelew. Mimo, że wiedział, iż kwota 875 milionów dolarów pochodzi z bezprawnej transakcji i nosi znamiona prania brudnych pieniędzy. Ponadto bank w swoim oświadczeniu zaznaczył, że w pełni przestrzega brytyjskiego porządku prawnego, że ściśle współpracuje ze służbami Jej Królewskiej Mości – w tym oczywiście z SOCA – i nie ma sobie nic do zarzucenia.

Na koniec całej historii zostały jeszcze dwa smaczki. Pierwszy – kwota przelana przez JPMorgan Chase była na tyle „gorąca”, że liczne, proszone o pośrednictwo banki, odmawiały jej przekazania na nigeryjskie konta Etate. Drugi – w 2013 roku SOCA została rozwiązana przez panią premier Theresę May, a kompetencje organu przejęła nowa Narodowa Agencja ds. Zbrodni (National Crime Agency - NCA).

Powyższa historia doskonale obrazuje szanse administracji w starciu ze zorganizowaną przestępczością. Organ, który był powołany do zapobiegania procederowi prania brudnych pieniędzy, sam przyczynił się – być może nieświadomie – do wpuszczenia ich w obieg. Dziś jego następca – czyli NCAuważa te błędy za naturalny proces uczenia się i jednocześnie się od nich odcina, kierując do ostatecznych rozstrzygnąć na sali sądowej. Nie trudno jednak zauważyć, że tego typu tłumaczenie i unikanie odpowiedzialności - już samo w sobie - tworzy szarą strefę wewnątrz antykorupcyjnej organizacji. Dla wielu sygnalistów (whistleblowers), zaangażowanych w śledzenie prania brudnych pieniędzy przez instytucje finansowe, jest to powód do niepokoju.

Rekordowe finansowanie wydobycia paliw kopalnianych

rafal.kinowski

Znakomita większość naszej globalnej społeczności ma świadomość zgubnych skutków działalności człowieka i próbuje zahamować zmiany klimatyczne. Jednym z ważniejszych punktów w procesie jest niedopuszczenie, aby średnia temperatura na Ziemi wzrosła o więcej niż 2 stopnie Celsjusza, od okresu przedindustrialnego.

Organizacje pozarządowe, administracje państwowe czy tak zwani ludzie dobrej woli, szerzą wiedzę o zgubnym wpływie człowieka na środowisko, próbują ograniczać zanieczyszczenie czy wręcz wymuszają zmiany, aby zapobiec dalszej degradacji naszego otoczenia. I trzeba powiedzieć jasno, że jest o co się martwić. Tylko w zeszłym roku straty gospodarcze spowodowane klęskami żywiołowymi – wywołanymi przez naszą działalność - przekroczyły w skali Globu 300 miliardów dolarów (według danych ubezpieczyciela Swiss Re).

Znaczna część ludzkości ma świadomość, że dalsza eksploracja naszej planety w podobnym stopniu jak ma to miejsce dziś, doprowadzi do katastrofy ekologicznej, której efektem może być nawet wymarcie naszego gatunku. Jednym zdaniem: wszystkie ręce na pokład, aby ocalić naszą Ziemię.

No właśnie, czy aby na pewno wszystkie?

Otóż jak donosi organizacja Rainforest Action Network (RAN) wielkie banki zwiększyły w zeszłym roku finansowanie wydobycia paliw kopalnych o 11% do rekordowych 115 miliardów dolarów. Raport „Banking on Climate Change” zawiera informacje obszarach wspieranych przez instytucje finansowe i kwotach, które na nie przeznaczają. Są to zatem nie tylko wydobycie węgla. gazu ziemnego czy ropy naftowej, budowa elektrowni węglowych czy wspieranie rozwoju infrastruktury przesyłowej. Wśród bankierów popularne jest też udzielanie kredytów na pozyskiwanie ropy z piasków bitumicznych, eksploracja złóż na Oceanie Arktycznym czy inwestowanie w ultra głębokie studnie głębinowe.

Mimo, że na szczycie listy znajduje się China Construction Bank, a w pierwszej dziesiątce są jeszcze dwie instytucje z Państwa Środka, to ogólnie poziom chińskiego inwestowania w wydobycie, transport i zużycie paliw kopalnianych spada. Większą aktywność sektora podtrzymują Kanadyjczycy z Royal Bank of Canada i Toronto-Dominion Bank oraz Amerykanie z JPMorganChase.

Co ciekawe, finansowanie infrastruktury węglowej pozostaje na stabilnym, porównywalnym rok do roku poziomie. Zdecydowanie spadła akcja kredytowa na pozyskiwanie ropy z obszarów arktycznych czy studni głębinowych. tymczasem gwałtownie rośnie zainteresowanie pozyskiwaniem ropy z piasków bitumicznych, o ponad 110% (rok do roku). Ich główne złoża zostały ostatnio zlokalizowane w kanadyjskiej prowincji Alberta, co w jakiś sposób tłumaczy zainteresowanie firm wydobywczych i wzmożoną aktywność pożyczkową sektora finansowego spod znaku klonowego liścia. Warto w tym miejscu nadmienić, że gdyby nie inwestycje w złoża bitumiczne, ogólne wsparcie dla paliw kopalnianych byłoby niższe niż w latach poprzednich.

Wśród największych instytucji finansowych świata widać problem rozdwojenia jaźni. Niby wszystkie z nich aktywnie angażują się w projekty zmierzające do ratowania środowiska naturalnego, zwiększając wsparcie kredytowe na ochronę zasobów naturalnych i wykorzystywania odnawialnych źródeł energii. Według S&P Global – 200 największych banków wyemitowało tak zwane zielone obligacje na łączną kwotę 27 miliardów dolarów. Pozyskane w ten sposób środki mają zasilać ważne projekty środowiskowe. Niektóre organizacje jak ING czy BNP Paribas oficjalnie ogłosiły, że nie będą wspierać projektów zwiększających wydobycie ropy naftowej czy węgla.

Z drugiej jednak strony bankierzy nie mogą sobie odmówić skorzystania z okazji do zarobienia na wyjątkowo niszczących sposobach pozyskiwania paliw kopalnianych, jakim niewątpliwe jest eksploracja piasków bitumicznych. Co więcej, do finansowania podobnych projektów chętne są fundusze inwestycyjne uniwersytetów Oxfordu, Cambridge oraz Edynburga, a nawet nowojorski miejski fundusz emerytalny.

Prawda o finansowaniu inwestycji jest jak widać banalnie prosta. Większość instytucji finansowych działa w ramach CSRu, czyli społecznego zaangażowania biznesu. Ich aktywność była zapewne wymagana do kreowania pozytywnego wizerunku: firmy odpowiedzialnej za środowisko naturalne. Tak prawdopodobnie wyszło z badań działu public relation. Gdy zaś przyszło do szczegółów, ważniejsza była odpowiedzialność przed akcjonariuszami.

© Wyzwania nowoczesnego świata
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci