Menu

Wyzwania nowoczesnego świata

Idee i zdarzenia ze świata, ginące w zalewie informacji.

Uber ucieka do przodu

rafal.kinowski

Trzeba przyznać, że tak złej pasy, jak w przeciągu trzech ostatnich miesięcy, startup rodem z San Francisco nie miał nigdy. Sposób funkcjonowania spółki powodował liczne skargi, protesty, pozwy sądowe, a nawet zakazy działalności. Na dodatek ikonie wśród jednorożców z Doliny Krzemowej nigdy nie udało się osiągnąć zysków. Zasadnym wydaje się stwierdzenie, że bez stania się monopolistą na rynku przewozów, firma nie będzie rentowna. Tylko, że akurat te argumenty nigdy nie trafiały zarówno do udziałowców, jak i klientów.

Uber przez długi czas był teflonowy na każdą krytykę i tarapaty w jakie popadał. Właścicieli, ani opinii publicznej, nie odstraszały idące w setki milionów dolarów ugody sądowe z byłymi kierowcami, zakazy działalności w poszczególnych miastach, stanach czy państwach. Nawet spektakularny odwrót z rynku chińskiego nie popsuł reputacji firmy. To samo dotyczyło mieszania w obowiązujących stawkach za przejazdy czy podejrzeń, że aplikacja śledzi użytkowników i przekazuje Uberowi dużo więcej informacji, niż by sobie tego życzyli.

Dopiero gdy pod koniec lutego do sieci wyciekło nagranie, w którym prezes firmy – Travis Kalanick – rugał kierowcę, który go podwoził i śmiał zagadnąć o przyczynę rosnących kosztów obsługi aplikacji, coś się złamało. Przepraszający mail Kalanicka do załogi nie udobruchał nikogo, a można mieć nawet podejrzenia, że ruszył lawinę. Chwilę później okazało się, że spółka ma problemy z seksizmem wobec zatrudnionych w centrali kobiet. Najgorszym problemem stały się zarzuty spółki Waymo, która oskarżyła pośrednio Ubera, że zakupił wykradzioną od niej technologię do kierowania pojazdami autonomicznymi, wraz z nabyciem spółki Otto. Właściciel nowo kupionego podmiotu, były inżynier Google’a, przed odejściem skopiował rozwiązania technologiczne stojące za samojezdnymi pojazdami. Ewentualny proces pomiędzy Googlem i Uberem może rozgrzać opinię publiczną i doprowadzić udziałowców do białej gorączki.

Spółka jednak nie ma zamiaru pozostać w defensywie. Nie od dziś wiadomo, że najlepszą obroną jest atak, w połowie maja Uber ogłosił uruchomienie w Stanach Zjednoczonych nowej działalności o nazwie Fright (Fracht), która ma zmienić warunki gry na rynku transportowym. Założenie jest identyczne, jak w przypadku podstawowej usługi startupu z San Francisco, połączyć - bez zbędnych pośredników - kierowców z klientami, którzy mają jakikolwiek ładunek do przewiezienia.

Założenia, które przyświecają Uberowi z pewnością spodobają kierowcom aut dostawczych i tirów. Na zapłatę za wykonany kurs będą czekali tylko 7 dni. Obecny czas oczekiwania waha się między miesiącem, a kwartałem. Dzięki przyspieszeniu płatności zniknie też potrzeba negocjowania taryf przewozowych. Tak samo jak ma to miejsce w przypadku zwykłych Uberów, algorytmy aplikacji będą ustalały kwotę przewozu na podstawie wieloczynnikowej analizy (dostępności kierowcy, wielkości ładunku czynników, ruchu ulicznego, itp.). W efekcie kierowca podejmując się przewozu towaru będzie z góry wiedział, jak została wyceniona jego usługa.

Jak zwykle Uber przedstawia siebie jako rycerza na białym koniu, który pojawia się, aby uratować branżę. Problem polega na tym, że już teraz firma ma kłopotu z kierowcami, którzy dla niej jeżdżą. Nie są traktowani jako pracownicy, a więc spółka oszczędza na nich koszty pracy. Dotychczasowi kierowcy często zrzeszają się, aby dochodzić swoich postulatów w sądach i to z dobrym skutkiem. Uber już kilkukrotnie płacił setki miliony dolarów, aby układać się z ludźmi, którzy uważali, że są zatrudniani przez firmę. W przypadków kierowców tirów w większości są oni członkami bardzo silnych związków zawodowych, które wywalczyły sobie solidne warunki pracy. Jeśli Uber będzie starał się przełożyć podobny model funkcjonowania jak obecnie na transport towarowy, może się to skończyć dużo poważniejszymi konsekwencjami, niż tylko pozwy ze strony uważających się za oszukanych kierowców.

Uber wpływa na nieznane wody. To że jego aplikacja umożliwia podwożenie pasażerów nie znaczy od razu, że równie łatwo pójdzie z towarami. Wydaje się, że wyjście poza własną strefę komfortu może być ryzykowne.

Jest jeszcze jedna kwestia: automatyzacja. Testy na jazdy tirów z ładunkiem bez kierowców albo z jednym kierowcą w tak zwanych konwojach (paltooning) już trwają. Biorą w nich udział niemal wszyscy liczący się producenci samochodów. Jeśli sprawa sporu z Waymo skończy się ugodą, która pozwoli Uberowi na tworzenie własnych pojazdów autonomicznych, wówczas sprawa pozyskiwania kierowców będzie już drugorzędna. Pytanie czy tirowcy będą w stanie zaufać Uberowi i przenieść się pod jego skrzydła, gdy to waśnie branżę usług transportowych czeka najbardziej poważna rewolucja za sprawą pojazdów samojezdnych, pozostaje otwarte. Po co jeździć dla firmy, która już myśli jak wymienić kierowców na roboty?

Kto truje, to ratuje, a kto się tylko promuje

rafal.kinowski

Nie tylko Polska stawia na węgiel. Prezydent Donald Trump zapowiadał, że będzie starał się zapewnić Stanom Zjednoczonym energetyczną suwerenność i – mimo protestów – dał zielone światło do eksploracji złóż czarnego złota. Biznes ochoczo podchwycił wezwanie, wydobycie surowca jest o blisko 20% wyższe niż przed rokiem. Już teraz szacuje się wkład Stanów Zjednoczonych w emisję gazów cieplarnianych na 1/6 globalnego ogółu.

Amerykanie od lat nie ustają w wysiłkach, aby stać się światowym liderem w dewastacji środowiska naturalnego. Rabunkowe pozyskiwanie gazu łupkowego oraz wydobycie węgla kamiennego bardzo przybliża ich do celu. Tym bardziej, że po drugiej stronie Oceanu Spokojnego, dotychczasowy czempion ogranicza liczbę nowo otwieranych elektrowni na węgiel kamienny. Najnowsze dane – prosto z chińskiej prasy – wskazują, że w obecnym kwartale powstaną tylko 3 zakłady na 32 planowane. Z listy zamierzeń budowlanych na ten rok wykreślono 100 podobnych inwestycji.

Oczywiście, celem jest nie tylko pozycja lidera rewolucji ekologicznej. Państwo Środka nie chce bilansować globalnej emisji gazów cieplarnianych, ograniczając swój wkład, z powodu amerykańskiej ekspansji w tej dziedzinie. Oficjalnym powodem jest nadmiar mocy. Chińskie elektrownie zasilane paliwami kopalnianymi produkują obecnie więcej energii niż zgłaszane zapotrzebowanie.

Rząd w Pekinie nie chce budować nowych elektrowni węglowych, zamyka już działające i inwestuje w energię ze źródeł odnawialnych. Od 2013 roku Chiny wydają na ten cel więcej niż kraje Unii Europejskiej. W 2015 roku inwestycje Państwo Środka w czystą energię - ponad 100 miliardów dolarów - stanowiły 250% środków europejskich.

Nie koniec na tym. W maju rząd w Pekinie podpisał ze Stanami Zjednoczonymi umowę handlową, na mocy której chińskie firmy będą mogły kupować skroplony gaz bezpośrednio od amerykańskich   producentów. Jako, że jest to paliwo dużo czystsze ekologicznie – i tańsze – udział węgla będzie nadal spadał.

Działania rządu chińskiego idą niewątpliwe w dobrym kierunku, jednak – na przekór przytoczonym powyżej liczbom – ostrzegam przed przesadnym entuzjazmem. Gospodarka Państwa Środka jest nadal uzależniona od czarnego złota, a postęp – mimo gigantycznych nakładów inwestycyjnych – skromny. Od szczytu uzależnienia w 1978 (75%) udało się zmniejszyć udział węgla w miksie energetycznym do 62%. Dla porównania w Unii Europejskiej to zaledwie 20%, niemal tyle samo co ze źródeł odnawialnych – 19% (dane za rok 2015). W przypadku Stanów Zjednoczonych udziały wynoszą odpowiednio 16% i 10%.

Chiny zaspokajają tylko 2% swojego zapotrzebowania na energię ze źródeł odnawialnych. Jednak skala zaangażowanych przez Chiny środków finansowych oraz kierunek transformacji, daje Pekinowi silny mandat do stawiania się w roli przywódcy w walce ze zmianami klimatycznymi. Szczególnie w kontekście podejrzeń, że Donald Trump podważy ustalenia szczytu klimatycznego z Paryża (podpisanego wcześniej przez prezydenta Obamę).

Chiny już jakiś czas temu zauważyły, że o potędze nie świadczy tylko wielkość gospodarki czy ilość głowic atomowych w silosach, ale oddziaływanie za pomocą miękkiej władzy. Wystarczy nagłośnić plany działania, złożyć głośne deklaracje, aby w oczach opinii publicznej stać się światowym liderem. W świecie post-prawdy to wystarczy.

Chiny otwierają Afrykę na świat

rafal.kinowski

Afryka jest miejscem, w którym – jak w soczewce – skupiają się efekty polityczne i gospodarcze, zarówno Brexitu jak i izolacjonistycznej polityki administracji Donalda Trumpa. Jeszcze w 2014 roku Stany Zjednoczone oraz Wielka Brytania były na czele zestawienia krajów, które otwierały najwięcej projektów inwestycyjnych, w sumie 148 na 660. Tymczasem według najnowszego raportu EY, z danymi za rok 2016, wpływy obu potęg wyraźnie się zmniejszają. Nie będzie chyba dla nikogo zaskoczeniem, że największym beneficjentem są Chiny.

Zeszły rok stał pod znakiem geopolitycznej niestabilności, która kładła się cieniem na relacjach biznesowych. Dla Afryki - choć trudno patrzeć na ten wielonarodowy i wielokulturowy kontynent jako na jeden twór – był to okres spowolnienia gospodarczego, które - w jakimś sensie - odzwierciedlało obawy jakim żył świat. Mimo, że Czarny Ląd stał się drugim najchętniej wybieranym przez inwestorów regionem na świecie (po Azji) i przyciągnął aż 94 miliardy dolarów (wzrost o 32% w stosunku do roku ubiegłego), to jednak znacząco spadła ilość nowych projektów o 12% (z 771 do 676) i tworzonych nowych miejsc pracy – o 13%.

Największym beneficjentem globalnego zamieszania stały się Chiny, choć one również przeżywają okres spowolnienia ekonomicznego i głębokich reform (na przykład sektora bankowego i wydobywczego) oraz przestawiania modelu gospodarczego z eksportu na konsumpcję lokalną. Dzięki zwiększeniu liczby bezpośrednich inwestycji o 106% rok do roku (z 32 do 66), Państwo Środka ma ponad 38% udziałów puli zaangażowanego w Afryce kapitału (36 miliardów dolarów) oraz jest liderem kreatorów miejsc pracy (niemal 30% nowych stanowisk).

Pierwsze miejsce wśród państw otwierających najwięcej projektów inwestycyjnych zajmują od lat Stany Zjednoczone – 91 (spadek o 5%), wyprzedzając Francję – 81 (wzrost o blisko 40%). Bardzo wyraźnie spało zaangażowanie Wielkiej Brytanii z 77 do 41 inwestycji (-46%) oraz Niemiec (-50%). Bardzo szybko rośnie zaś znaczenie Japonii z 12 do 27 projektów (125% wzrostu).

Ilość środków finansowych (94 miliardy), przyciągniętych przez kraje afrykańskie, była najwyższa w historii – za wyjątkiem rekordowego roku 2008 (140 miliardów). Jak już wcześniej zwracałem uwagę, ilość projektów i wygenerowanych dzięki nim miejsc pracy spadła w porównaniu do lat ubiegłych. Jednak znacznie poprawiła się wartość inwestycji -140 milionów dolarów w porównaniu z 92 w zeszłym roku.

Zagraniczni, ale też afrykańscy, inwestorzy od lat wybierają te same kraje, jako cele angażowania kapitałów: Republikę Południowej Afryki (RPA), Maroko, Egipt, Nigerię i Kenię. W stosunku do lat ubiegłych rośnie pozycja państw z Afryki Północnej (Maroko, Egipt, Tunezja i Algieria) kosztem potęg z nad Zatoki Gwinejskiej (Nigeria, Wybrzeże Kości Słoniowej, Ghana) oraz Kenii i Tanzanii.

Z publikacji EY można wyczytać wiele ciekawych informacji na temat zacieśniającej się współpracy na linii Chiny – Afryka. Państwo Środka jest dla Czarnego Lądu największym partnerem handlowym, choć relacje odwrotne są skromniejsze (Afryka to zaledwie 4% chińskiej wymiany handlowej). Chiński eksport do krajów afrykańskich osiągnął w 2016 roku ponad 100 miliardów dolarów (cała Unia Europejska – 28 krajów – miała wynik około 160 miliardów dolarów). Chiny wysyłają głównie dobra konsumpcyjne, ale są też obecne przy projektach inwestycyjnych. Państwa afrykańskie mogą liczyć na chińskie pożyczki oraz pomoc w realizacji inicjatyw infrastrukturalnych (drogi, mosty, linie kolejowe, lotniska czy porty). Dekadę chińskiego zaangażowania można przeliczyć na blisko 300 inwestycji bezpośrednich, także w sektor wydobywczy, usługowy i produkcyjny.

Wzrost obecności Chin w Afryce to wynik konsekwentnych działań Pekinu, często na przekór realiom geopolitycznym. Jest to diametralnie różne podejście od aktywności zachodnich koncernów, które uzależniają zaangażowanie od warunków gospodarczych, poddając się globalnym trendom. Dla nich nie ma szerszej wizji rozwoju, liczy się tu i teraz, fabryka lub kopalnia i droga do najbliższego portu. Z kolei systematyczność i uporczywość Chin przynosi realne efekty. Nie bez znaczenia jest też atrakcyjność modelu gospodarczego i politycznego Państwa Środka, który jest łatwiejszy do zaimplementowania w afrykańskich realiach, niż formy zachodniej demokracji. Chiny są w Afryce popularne, daleko bardziej, niż byłe kraje kolonialne.

Istotnym elementem chińskiej polityki dla Afryki jest budowa nowego Jedwabnego Szlaku, zwanego też OBOR (One Belt, One Road), który ma być strategią na połączenie i współpracę Państwa Środka z innymi krajami, głównie kontynentu Euroazjatyckiego. Fakt, że państwa Czarnego Lądu zostaną włączone do inicjatywy będzie dla nich wyjątkowo korzystne. Nie dość, że zyskają dostęp do chińskich nadmiarów oszczędności, to jeszcze poszerzą swoje rynki zbytu, dzięki uczestnictwu w globalnym łańcuchu handlowym.

Lata kolonizacji, a potem era postkolonialnego pseudo rozwoju, stworzyły z Afryki rezerwuar taniej siły roboczej. W najlepszym przypadku Czarny Ląd był postrzegany jako kontynent o dużym potencjale na przyszłość, gdy produkcja i konsumpcja na innych rynkach będzie traciła na efektywności. Dzięki Jedwabnemu Szlakowi ta wersja rzeczywistości może nigdy nie nadejść. To Chiny mogą otworzyć Afrykę na świat bez czekania, aż nadejdzie jej czas.

Link do raportu EY.

Automatyzacja wpłynie na strukturę firm

rafal.kinowski

Pod koniec lutego w sieci pojawiła się informacja, że bank JPMorgan wdrożył program COIN (COntract INtelligence), który zajmuje się interpretacją umów kredytowych, a więc przyjmowaniem wniosków, sprawdzaniem warunków, wydawaniem decyzji i przygotowaniem kontraktów. Dzięki sprawnemu algorytmowi instytucja finansowa zaoszczędzi 360 000 godzin pracy doradców klientów, analityków i prawników.

Inwestowanie w nowe rozwiązania informatyczne - które usprawniają pracę, a także interpretują duże ilości gromadzonych przez firmy danych, aby je obrócić w przyszłe zyski -staje się osią działań firm usługowych. Bank, którego aktywa sięgają 2,5 biliona dolarów, zatrudnia 20 000 informatyków i wydaje 10 miliardów dolarów rocznie, aby wspomagać decyzje podejmowane przez swoich pracowników, eliminując jednocześnie ludzkie błędy. Takie jak choćby wyciek danych 83 milionów klientów w 2014 roku, który mocno nadszarpnął reputacją firmy, dopiero co stającej na nogi po kryzysie, wywołanym upadkiem banku Lehmnn Brothers w 2008 roku.

Automatyzacja zadań, aby uniknąć kosztownych pomyłek i poprawić wydajność pracowników, to cele przyświecające nie tylko kierownictwu tego konkretnego banku, ale wyznacznik walki o przewagę konkurencyjną każdej branży sektora usługowego.

Wdrażanie rozwiązań technologicznych, które poprawiają działanie spółek, niosą ze sobą też istotne zmiany organizacyjne, które umykają przy prezentowaniu danych o poniesionych nakładach inwestycyjnych i zaoszczędzonych miliardach dolarów i roboczogodzin.

Firmy konsultingowe – podobnie jak instytucje finansowe - mają zhierarchizowaną strukturę organizacyjną, przypominającą swoim kształtem piramidę. Nie jest to oczywiście jakiś wyjątek, który dotyczy tylko tych dwóch przykładów z sektora usług.   To dość naturalne, że przedsiębiorstwa przyjmują dużą ilość pracowników lub stażystów na najniższe stanowiska. Ci, którzy dostają szansę – jeśli się sprawdzą – mogą się piąć w ramach organizacji na coraz wyższe szczeble. Podstawą awansu jest ciężka praca – często po godzinach – i chęć nauki, zdobywania doświadczenia, które powinno procentować w dalszej fazie rozwoju kariery.

Struktura piramidy ma sens w jednym przypadku, przedsiębiorstwo musi mieć dużo prostej pracy, którą mogą wykonywać pracownicy, po krótkim okresie szkolenia. Tak mniej więcej wygląda podstawowa działalność firm konsultingowych – audyt spółki. Setki stron umów, zestawień i raportów, do zweryfikowania w krótkim czasie. Bardziej niż specjalistyczna wiedza, punktowane jest skupienie na detalach i pracowitość.

Pracochłonność procesu powoduje, że organizacje potrzebują dużej ilości pracowników do najprostszych czynności. Często tak żmudnych i powtarzalnych, że łatwo popełnić w nich błędy. I w tym miejscu z pomocą przychodzą technologie informatyczne, które zbyt przesadnie nazywa się sztuczną inteligencją (tak jak każdą nowo otwartą firmę – startupem).

Znana firma konsultingowa, Deloitte, chwali się – ustami pani prezes Cathy Engelbert, że dzięki automatyzacji procesu skanowania i przeglądania audytowanych dokumentów, czas pracy jednego człowieka zostanie skrócony: z całego roku – do godziny.

Jednak nie ma zmian bez konsekwencji. Za postępem technologicznym musi pójść teraz ewolucja organizacyjna. Do kontrolowania procesu audytowego potrzeba będzie kilku operatorów na najniższym poziomie oraz liczniejszej grupy specjalistów ze średniego szczebla, nadzorujących audyt i zatwierdzających kluczowe decyzje, których algorytm nie potrafi – jeszcze – podjąć. Struktura piramidy będzie się zatem nieuchronnie przeradzać w coś bardziej przypominającego diament.

Zasadniczo w całym procesie jest jeden podstawowy problem. Jak wspominałem już wcześniej, obecne kadry na średnich poziomach organizacji są zasilane pracownikami, którzy pomyślnie - i z sukcesami - przetrwali pole minowe pierwszej linii frontu. Tak więc ci najtwardsi z twardych, którzy wysiedzieli nad papierami klientów setki godzin – i nie popadli w obłęd lub otępienie – byli rekrutowani na wyższe stanowiska, nadzorujących audyt. Co się w takim razie stanie z obsadą tych stanowisk, skoro firma ma zamiar wyręczyć się maszynami?

Nie mam zamiaru bronić miejsc pracy, które eksploatują bez sensu człowieka, ale paradoksalnie mimo, że ślęczenie nad audytowanymi papierami jest żmudne i pracochłonne, a na dodatek naraża na popełnienie błędów, bez niego nie można rozstrzygać problemów na wyższym poziomie. Potrzebnej do podejmowania decyzji wiedzy nie da się zdobyć, bez ćwiczeń. Skoro Deloitte decydując się na zastąpienie najniższych stanowisk audytowych algorytmem, musi przygotować osobne programy szkoleniowe, aby wychować sobie średnią kadrę zarządzającą.

Albo pójść dalej za ciosem i zautomatyzować decyzje wyższego szczebla, jeszcze bardziej odchudzając strukturę.

W Chinach kpią z ryzyka

rafal.kinowski

Jak informuje Bloomberg, chińscy drobni inwestorzy odłożyli w produktach oszczędnościowych równowartość 9 bilionów dolarów. Jednak to nie wielkość zgromadzonych środków powinna budzić zdumienie, a raczej nonszalancja ciułaczy. Niemal połowa – 4,2 biliona – została ulokowana w produkty majątkowe (tzw. wealth management), które – co bardzo ciekawe – są postrzegane jako bezpieczne od ryzyka. Co więcej ogół oszczędności stanowi obecnie około 80% produktu krajowego brutto Państwa Środka. Mówienie w tym wypadku o braku ryzyka i bezpieczeństwie jest raczej nie na miejscu.

Sytuacja w Chinach jest dynamiczna. Państwo raz na jakiś czas daje szansę swoim obywatelom na pomnażanie bogactwa. Był moment gdy rozbudził się rynek nieruchomości, aby po roku runąć z hukiem. W 2015 roku władze pozwoliły grupom obywateli na inwestowanie na giełdach, zachęcając ich do tego reklamami telewizyjnym. Rzeczywiście po pół roku niebywałej hossy, nastąpił spektakularny krach, który doprowadził do bankructwa wielu inwestorów. Sparzeni już dwukrotnie Chińczycy znaleźli nowe źródło pomnażania pieniędzy – bankowe (i poza bankowe) produkty finansowe zarządzania majątkiem.

Skala powierzonych przez obywateli Państwa Środka pieniędzy jest już tak duża – wspomniane już 80% PKB , że władze w Pekinie postanowiły – na wszelki wypadek – ogłosić, że nie będą ratować inwestorów w razie problemów instytucji finansowych z wypłatą zgromadzonych oszczędności. Mimo zapewnień, przeciętni Chińczycy nie wierzą w zapewnienia rządzących, że pozwolą one na upadek molochów i nadal lokują ciężko zarobione juany w coraz bardziej wymyślne produkty oszczędnościowe.

Z resztą trudno uwierzyć w ostrzeżenia o ryzyku, skoro rynek produktów finansowych, pomnażających chińskie majątki przynosi inwestorom spore korzyści i rośnie w zastraszającym tempie od 2 bilionów juanów w roku 2009 do 30 bilionów w zeszłym. Dlaczego tak jest? Na ponad 180 000 produktów oszczędnościowych oferowanych przez instytucje finansowe zaledwie mniej niż 50(!) poniosła straty. Średni, roczny zwrot z inwestycji wynosi zaś 4,3 procenta. Dla porównania stopa depozytowa w banku to 1,5%. Sukces jednych przyciąga kolejnych chętnych. Niektórzy analitycy chińskiego rynku twierdzą, że dla ostudzenia zapału przydałby się kontrolowany upadek jednego z funduszy, aby inwestorzy docenili wagę rządowych ostrzeżeń. Inni uważają, że już jest za późno, gdyż napompowana chciwością bańka już jest bliska pęknięcia.

Trzeba wyraźnie powiedzieć, że działania chińskiego rządu, który cały czas stara się stabilizować rozpędzoną gospodarkę, dają inwestorom mylne sygnały. Na przykład w momencie, gdy bank centralny podwyższa stopy procentowe, aby ograniczyć inwestycje oraz zmniejszyć opłacalność lewarowania, jednocześnie rośnie oprocentowanie lokat, a zatem też presja na fundusze, aby zwiększyć zwrot z oszczędności, ponad bankowe minimum.

Łatwo zauważyć, że przy rosnących kosztach obsługi zadłużenia, trudniej jest generować wysokie stopy zwrotu i zadowolić liczących na ponadprzeciętne zyski inwestorów. Tymczasem presja jest olbrzymia, bo każde wahnięcie w wycenie wartości jednostki może sprowokować odpływ środków do instytucji, która w danym momencie chwali się wynikiem lepszym od przeciętnego.

Widząc samonapędzającą się spiralę władze w Pekinie pracują nad regulacjami instytucji finansowych, zarządzających majątkiem Chińczyków. Poza brakiem państwowych gwarancji, rząd chce wprowadzić ograniczenia w reklamowaniu usług oraz naganianiu klientów. Oferujący produkty oszczędnościowe mają uprościć swoje oferty i zwiększyć ich transparentność, aby klienci wiedzieli w co naprawdę inwestują za nich wynajęte fundusze. Podobnie jak ma to miejsce w Polsce, powiernicy musieliby określać profil inwestycyjny potencjalnych klientów, aby dopasować rozwiązania finansowe, do zakresu ryzyka, na jaki są oni gotowi.

Klasycznie, większość środków finansowych jest zainwestowana w: obligacje, gotówkę na lokatach oraz waluty na rynku pieniężnym. Tylko około 25% to udziały w funduszach wzajemnych czy niestandardowych produktach kredytowych. Zainwestowanie tak olbrzymich pieniędzy w setki tysięcy produktów wymagało czasu. Gdy wybuchnie panika i ciułacze będą chcieli wycofać oszczędności, bez dwóch zdań - nastąpi kryzys płynności.

Niestety taka jest cena bycia kapitalistą w świecie kontrolowanym przez chciwość i wszechpotężne państwo. Okazje na wzbogacenie się są rzadkie, więc raz odkryte eksploatowane są aż do eksplozji. Tak było z rynkiem nieruchomości czy chińskimi giełdami. Gigantyczna dynamika, miraż niewyobrażalnych zysków, a potem bańka pękała i ciułacze zostawali z ułamkiem tego co pierwotnie zainwestowali. Jak twierdzą analitycy Bloomberga nikt nie ma wątpliwości, że ze środkami zgromadzonymi w funduszach będzie tak samo. To tylko kwestia czasu, choć pieniądze wciąż płyną, bo każdy chce jeszcze zarobić przed kryzysem, mimo że tym samym przyspiesza jego przyjście. Zapewnień, że rząd umywa ręce nikt nie bierze na poważnie, wszak większość oferujących produkty zarządzania majątkiem to państwowe instytucje finansowe.

© Wyzwania nowoczesnego świata
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci