Menu

Wyzwania nowoczesnego świata

Idee i zdarzenia ze świata, ginące w zalewie informacji.

2 220, 71 560, 744 400

rafal.kinowski

Tytułem wstępu, tajemnicze liczby powyżej to nie numer, pod który dzwonił E.T., aby wrócić do domu, ani wykradzione z tajnego raportu MON namiary na miejsce ukrycia Złotego Pociągu. To kwoty wyrażone w dolarach, które wyznaczają skalę nierówności.

Nawiązując do Światowego Raportu Bogactwa, publikowanego corocznie przez bank Credit Suisse, wystarczy posiadać równowartość 2 220 dolarów (w gotówce, papierach wartościowych lub majątku trwałym, z wyłączeniem długów), aby być bogatszym od połowy ludzi, którzy zaludniają naszą planetę.

Gdyby jakimś przypadkiem okazało się, że saldo waszych aktywów zamykało się kwotą 71 560 dolarów, wówczas należycie do elitarnych 10% najbogatszych osób. Ale już rząd wielkości wyżej – od 744 400 dolarów – zaczyna się mityczna granica 1% najbardziej majętnych obywateli globu.

Progi bogactwa, który wyznaczył Credit Suisse, są liczone od majątku gospodarstwa domowego, a nie jego dochodów. Z tego założenia wynikają pewne uproszczenia, które mogą wypaczać prezentowane dane. Na przykład jak to, że globalna suma majątków gospodarstw domowych (nieruchomości i aktywa finansowe) wynosiła w połowie 2016 roku – 256 bilionów dolarów. Gdyby to równo podzielić pomiędzy wszystkich dorosłych mieszkańców Ziemi dawało by średnio blisko 53 000 dolarów na głowę. Ale się nie dzieli. 10% najbogatszych zgarnia 89% z puli światowego majątku.

Patrząc na świat oczami analityków z Credit Suisse, można pomyśleć, że część obywateli rozwiniętych społeczeństw nawet nie wie, że należy do najbogatszych 10%. W samych Stanach Zjednoczonych to blisko 40% mieszkańców, a wśród najbardziej majętnego 1% Amerykanie są z pewnością najliczniej reprezentowanym narodem. Ale nawet w centrum Imperium skala nierówności jest bardzo wysoka. Wprawdzie 18 milionów ludzi mieści się w 1% najbogatszych, ale też 21 milionów znajduje się w dolnych 10%, co oznacza że poziom ich długów przekracza wartość zgromadzonego majątku.

Światowy Raport Bogactwa, publikowany w The Economist, jest kolejnym sztucznym zestawieniem, które ma utwierdzać w przekonaniu, że świat zmierza w dobrym kierunku. Myślę, że uprawnionym wnioskiem płynącym z badania, jest sugestia, iż kraje rozwinięte mają tak wysoki poziom majątku, że nie potrzebują wstrząsów politycznych na miarę prezydentury Trumpa czy Brexitu. Co więcej, w świetle prezentowanych danych, bunt przedstawicieli najbogatszych narodów przeciwko establishmentowi, jest działaniem na własną niekorzyść. Oczywiście, że mieszkańcy krajów afrykańskich, żyjące za mniej niż dolara dziennie, nie zrozumieją rozterek amerykańskiej klasy średniej lub niższej, która nie widzi perspektyw dla dalszej spokojnej egzystencji przy dochodach rzędu 55 000 dolarów rocznie na gospodarstwo domowe.

Tylko, że takie pokazanie miejsca w szeregu nikogo już nie wzruszy. Przekaz płynący z raportu: nie narzekajcie, bo inni mają gorzej - nigdy nie zadziała. Aspiracyjny charakter gospodarki rynkowej zachęca do sięgania wyżej i drapania się w górę hierarchii. Dla tych, którzy się wspinają wizja przyszłości jest wyjątkowo ciemna i niepewna. Tym niemniej nikt nie ma zamiaru się oglądać na tych, co pozostali w tyle.

Czytanie ze zrozumieniem

rafal.kinowski

Informacja, która obiegła internet kilka dni temu brzmiała tak: według badań Uniwersytetu Stanforda 82% amerykańskich gimnazjalistów nie jest w stanie odróżnić wiadomości od artykułu sponsorowanego. Następnie posypały się liczne analizy i komentarze narzekające na stan umysłowy młodego pokolenia, niedociągnięcia systemu edukacji czy ogólne ogłupienie społeczeństwa w dobie dominacji mediów społecznościowych.

Tymczasem zadanie postawione przed uczniami oraz studentami nie było łatwe. Musieli oni ocenić wiarygodność wiadomości udostępnionych na Twitterze oraz określić czy zamieszczone na portalu społecznościowym zdjęcie jest prawdziwe. Część zamieszczonych informacji była stronnicza, inne wprowadzały w błąd, niektóre były dobrze zakamuflowanymi reklamami.

Okazało się, że 2/3 gimnazjalistów nie potrafiło wychwycić stronniczości postu napisanego przez pracownika bankowego, który pod pozorem udzielania porady sprzedaje usługi finansowe. Z kolei 40% licealistów, bez sprawdzania źródła pochodzenia, uznało towarzyszące tekstowi zdjęcia za dowód na istnienie groźnego dla środowiska promieniowania po awarii reaktora w Fukushimie. Badani studenci chętniej dawali wiarę informacjom, którym towarzyszyły krzykliwe zdjęcia, nie poddając analizie samej treści przekazu. Nastolatki, które wzięły udział w eksperymencie, bardziej ufały artykułom, które zawierały dużo szczegółowych informacji na temat opisywanego zjawiska. Istotniejsze dla rozstrzygnięcia o prawdziwości było duże zdjęcie, jako załącznik do tekstu, niż źródło informacji.

Wyniki eksperymentu zatrwożyły akademików. Uniwersytet Stanforda przygotował specjalny program edukacyjny pod tytułem „Czytam jak historyk”, który ma być kierowany do nauczycieli gimnazjów i liceów, aby ćwiczyć z młodzieżą umiejętność krytycznego podchodzenia do prezentowanego tekstu, szukać źródeł i porównywać różne artykuły pochodzące z epoki. To z pewnością ważne umiejętności, które przydadzą się w przyszłości, tym bardziej, że jak pokazują bieżące wydarzenia – nie tylko młode pokolenie daje się wodzić za nos.

Ogłoszenie wyników badania zbiegło się w czasie z prowadzoną w Stanach Zjednoczonych debatą na temat odpowiedzialności dostawców treści – takich jak Facebook i Google – za publikowane materiały. Duża część mediów obarcza obie firmy winą za taki, a nie inny wynik wyborów prezydenckich. Sugeruje się, że do zwycięstwa Donalda Trumpa mogły się przyczynić rozpowszechnianie przez media społecznościowe nieprawdziwe informacje, na temat obu kandydatów. Ponieważ nie istniała żadna procedura weryfikacji artykułów wiele z nich stawało się hitami internetu, dezinformując część opinii publicznej.

Powyższe rewelacje wskazują, iż nie tylko młodzi ludzie mają kłopot z oddzieleniem wydarzeń prawdziwych od specjalnie spreparowanych wrzutek. Lenistwo czytelnika sprzyja rozpowszechnianiu się treści opatrzonych zdjęciami, z małą ilością tekstu, który ma łatwe do przyswojenia przesłanie. Tak samo jak w eksperymencie Stanforda, my - odbiorcy mediów, jesteśmy narażeni na kontakt z treściami stronniczymi, prezentującymi uproszczone analizy, które prowadzą do daleko idących i zbyt jasno brzmiących wniosków. Ponieważ na dodatek zadowalamy się wiadomościami serwowanymi przez portale społecznościowe, bez odwiedzania stron gazet czy magazynów, trafiają do nas sprofilowane i podobne do siebie komunikaty.

System doboru treści dla użytkownika powoduje, że ten ostatni zostaje zamknięty w swoistej bańce informacyjnej. Istnieją dwie drogi ucieczki z zastawionej na nas pułapki. Możemy czekać, aż poruszone siłą protestów media społecznościowe przestaną przesyłać nam informacje, przygotowane na podstawie naszej wcześniejszej aktywności. Bądź sami będziemy szukać źródeł i patrzeć krytycznie na podstawiane nam komunikaty, naświetlając tematy z kilku stron.

Już widzę nasze niecierpliwe pokolenie, które przerzuca kilkanaście stacji telewizyjnych w trakcie przerwy reklamowej, albo jest nieustannie bombardowane nowymi wiadomościami na serwisach społecznościowych, jak z uwagą pochyla się nad wielowątkowym, kilku płaszczyznowym problemem, aby wyważyć argumentację. Brzmi nierealnie? Pewnie, że tak. Podobnie jak badani przez Stanforda uczniowie i studenci damy się oszukać medialnym doniesieniom, które będą odpowiednio spreparowane, aby wywołać w nas szybką rekcję. Swoją drogą szkoda, że akademicy nie przetestowali – dla porównania – pokolenia 30-to i 40-tolatków. Byłby niezły wstyd, gdybyśmy wypadli gorzej. Jak to było: share, swear or care? Nic co się wymknie tej triadzie, nie zwróci już naszej uwagi. Tak zostaliśmy wytresowani przez mass media.

Cukier nową nikotyną

rafal.kinowski

Niby cukier krzepi, ale zależy jaką jego ilość przyswajamy dziennie. Od pewnego poziomu dalsze dodawanie - przez węglowodany - wigoru okazuje się destrukcyjne dla organizmu. Dobrym pomysłem byłoby samoograniczenie spożycia. Problem polega na tym, że cukier jest niemal w każdym przetworzonym produkcie żywnościowym i trudno go wyeliminować, a poza tym nie oszukujmy się ... jest naprawdę smaczny.

Reasumując producenci nie usuną cukru ze składu sami z siebie, bo jedzenie będzie mniej smaczne dla nas, konsumentów. A my nie wyeliminujemy go z diety, bo jesteśmy od niego uzależnieni – i nie mówię tu oczywiście o tytanach silnej woli, którzy jak postanowią, to się nie złamią.

Żeby sprawa ograniczenia spożycia węglowodanów ruszyła z miejsca trzeba działać odgórnie. W tym duchu niektóre hrabstwa w Kalifornii, Kolorado i Illinois wprowadzają podatek od sprzedaży słodzonych napojów bąbelkowych, tak zwany soda tax. Wysokość: 1 cent za 1 uncję cukru (28 gramów) w produkcie. Radość zwolenników zdrowego stylu życia jest jednocześnie poważnym bólem głowy dla producentów.

Póki co działalność koncernów spożywczych ogranicza się do zmasowanych kampanii informacyjnych w tych okręgach, gdzie mieszkańcy postulują nową daninę. Czasami taka aktywność przynosi rezultaty. Miliony wydane na reklamy telewizyjne czy kampanię bezpośrednią skutecznie odwodzą głosujących od zaostrzania kursu przeciwko branży napojów gazowanych. Gdyby rzeczywistość wyglądała tak, że po jednej strony stoją korporacje ze swoimi rozdętymi budżetami reklamowymi, a po drugiej garstka zjednoczonych organizacji społecznych, wynik były przesądzony. Na szczęście dla protestujących, do walki o nakładanie podatku włączają się wpływowe – i bogate – osobistości, jak na przykład Michael Bloomberg, były burmistrz Nowego Jorku, a także administracja federalna.

Zmasowana kampania przekonująca Amerykanów do picia wody do posiłków skutecznie zmniejsza udziały w rynku Coca-Coli oraz Pepsi. Pisałem już o tym w kwietniu. Od 2014 spożycie wody i słodzonych napojów gazowanych zrównało się. Ten stan trwa. Dlatego organizacje społeczne chcą wykorzystać szansę i wyższymi podatkami przechylić szalę na korzyść wody. Orędownikom zdrowego żywienia przyświeca cel zrównania w świadomości konsumentów szkodliwości węglowodanów i tytoniu. Na dodatek chcą pozyskać kolejnych zwolenników, ujednolicając środki finansowe pozyskane z soda tax. Cel jest szczytny i bardzo w Stanach Zjednoczonych potrzebny - finansowanie powszechnej edukacji przedszkolnej.

Producenci napojów gazowanych stoją przed dramatyczną decyzją. Wydawać kolejne miliony dolarów na odrzucanie inicjatywy podatkowej w każdym kolejnym hrabstwie albo pogodzić się ze zmniejszeniem zawartości cukru. Sukcesy rzeczników zdrowego stylu życia w kolejnych lokalnych głosowaniach, spadająca sprzedaż i ogólne negatywne nastawienie opinii publicznej powinno ich skłaniać do drugiego rozwiązania.

Tylko, że przykład firm tytoniowych pokazuje, że nie musi to być oczywiste wyjście. Mimo wiedzy o szkodliwości nałogu ludzie nadal palą papierosy, choć są zniechęcani reklamami i wyższymi cenami. Rynek tytoniowy się skurczył, przychody spadły i z pewnością nie wrócą już do lat świetności, ale mimo - trwa.

Indyjski chaos walutowy

rafal.kinowski

Wygrywając półtora roku temu wybory premier Narendra Modi obiecywał nowe otwarcie i skok cywilizacyjny Indii. Planowano wprowadzenie Indii w erę cyfrową, co pomogłoby w ograniczeniu ubóstwa i rozwarstwienia społecznego. Postawiono na: modernizację kraju, uporządkowanie systemu prawnego, ułatwienia dla biznesu (szczególnie startupów), reformę i usprawnienie edukacji oraz rynku pracy. Zapowiedź gwałtownego przyspieszenia wywołała entuzjazm społeczny, który dał reformatorom spory kredyt zaufania. Jednak ostatnie decyzje rządu z New Delhi mogą poważnie nadszarpnąć wiarą wyborców.

Wieczorem ósmego listopada, premier Indii – Narendra Modi – ogłosił, że dwa banknoty 500 i 1000 rupi (odpowiednio: około 30 i 60 złotych), stanowiące 86% wszystkich środków pieniężnych będących w obrocie, stracą swoją ważność wraz z końcem doby. Jak podkreślił szef rządu w orędziu do narodu, decyzja o likwidacji była podyktowana uderzeniem w element antynarodowy i antyspołeczny, który gromadzi brudne pieniądze na podejrzanej działalności. Jednocześnie premier zapowiedział, że uczciwi obywatele, ciężko pracujący na swój chleb, nie muszą się niczego obawiać, bo ich interes będzie w pełni chroniony.

Obywatele Indii zostali poinformowani, że stare banknoty można wymienić w bankomatach i oddziałach banków - obowiązuje limit dzienny 4000 rupi (240 zł). W późniejszych dniach ograniczenia miały być dostosowane do ogólnej sytuacji w kraju. Jednocześnie ogłoszono, że nie będzie żadnych limitów dla chcących złożyć oszczędności na kontach. Bank Rezerw (indyjski bank centralny) przypominał - w osobnym oświadczeniu, że wpłat będzie można dokonać aż do 30 grudnia 2016 roku i apelował do społeczeństwa o zachowanie spokoju.

Jednocześnie nałożono też restrykcje na wypłaty. Te dokonywane w oddziałach instytucji finansowych były limitowane do 10 000 rupi dziennie i 20 000 tygodniowo (odpowiednio 600 i 1200 złotych). Wypłaty z bankomatów były traktowane ostrzej. Maksymalnie można było podjąć 2000 rupi (120 zł). Minister finansów potwierdził, że wszystkie ograniczenia zostaną zrewidowane w przyszłości, gdyby zaszła taka potrzeba.

Obywatele Indii przeżyli szok, ale rząd dał szansę społeczeństwu, aby przetrawiło wiadomości – 9 listopada zarówno banki jak i administracja – państwowa i lokalna, były zamknięte. Jednak od razu okazało się, że decyzja o usunięciu banknotów z obiegu jest nieprzygotowana i nieprzemyślana. W drodze wyjątku przedłużono płacenie starymi pieniędzmi o trzy dni: w kasach transportu publicznego, placówkach służby zdrowia, na stacjach benzynowych oraz w automatach. Minister finansów próbował studzić napięcie oświadczając, że inkryminowane banknoty zostaną w najbliższym czasie zastąpione nowszymi, o lepszych zabezpieczeniach.

10ego listopada ludzie rzucili się do banków oraz bankomatów, aby jak najszybciej zabezpieczyć swoje mienie. Szturm na instytucje finansowe był dla rządzących zaskoczeniem. Wychodząc naprzeciw potrzebom społeczeństwa zezwolono na opłacenie starymi banknotami podatków, kar oraz należności względem administracji lokalnej i krajowej.

Po tygodniu od wprowadzenia wymiany waluty chaos nie ustawał. Rząd był zmuszony do podniesienia limitów dziennych i tygodniowych na wszystkie operacje. Okazało się, że pośpiech był złym doradcą. Nowe banknoty miały dwie wady. Po pierwsze były mniejsze i lżejsze, co zmusiło właścicieli automatów i bankomatów do natychmiastowej akcji kalibracji ponad 200 000 urządzeń. Po drugie zauważono istotny błąd formalny: zamiast słowa tysiąc, wydrukowano – rynek. Z powodu zamieszania przedłużono żywotność starej waluty do 24 listopada.

W późniejszych dniach dochodziło do kilku kuriozalnych incydentów.
Co bardziej przedsiębiorczy obywatele wykorzystywali swój dzienny limit kilkukrotnie w ciągu doby. Aby ukrócić proceder, rząd polecił znaczyć wszystkich klientów tuszem. Decyzja została oprotestowana przez Państwową Komisję Wyborczą, szykującą się do przeprowadzenia wyborów uzupełniających w kilku stanach. Podstawową procedurą weryfikacyjną, mającą ukrócić oszustwa przy urnach, jest naznaczanie głosujących atramentem.

Rząd został zmuszony do ręcznego sterowania ograniczeniami w transakcjach w okienkach bankowych i bankomatach. Z powodu naporu chętnych i braku środków płatniczych limity raz rosły, innego dnia malały – powiększając tym samym chaos. Niektórym grupom społecznym czy zawodowym ustalano odrębne progi. Dotyczyło to między innymi rolników, realizujących kredyty, którzy musieli kupować ziarno pod przyszłoroczne plony. Na ulgę mogli też liczyć planujący ślub.

Od 24 listopada władze zawiesiły opcję wymiany starych banknotów. Można je jedynie zdeponować na rachunku bankowym. Ponieważ duża część społeczeństwa jest niepiśmienna i nie posiada kont bankowych, opozycja parlamentarna nazwała cały proces „zalegalizowaną grabieżą”.

Stan akcji wymiany waluty na dzień obecny wygląda następująco. Na kontach banków i indyjskiej poczty ląduje grubo ponad 10 miliardów dolarów – w starych 500 i 1000 rupiowych banknotach. Rządzący ogłaszają niebywały sukces, podpierając się wynikami poparcia w sondażach opinii publicznej. Opozycja próbuje wyprowadzić niezadowolonych ludzi na ulicę. Bank Goldman Sachs szacuje, że Indie – z powodu zamieszania z wymianą waluty - w miesiąc obniżyły swoje PKB o blisko jeden punkt procentowy, z 7,6 do 6,8%.

Chęć ograniczenia przez państwo szarej strefy i wyeliminowanie brudnych pieniędzy z obiegu powinno budzić poklask społeczeństwa. Szczególnie gdy przy okazji można dokonać zmiany w kierunku gospodarki bezgotówkowej. Warto jednak zwrócić uwagę, że Indie są bardzo podzielonym i ubogim krajem. Z podstawowych usług finansowych korzysta wprawdzie 67% gospodarstw domowych w obszarach miejskich, ale tylko nieco ponad 50% - na wsi. Oczywistym jest, że bogatsi, lepiej wykształceni i posiadający dostęp do kont bankowych, kart kredytowych i aplikacji mobilnych lepiej niż ubodzy, zniosą wymianę banknotów.

Intencja rządzących być słuszna. Indie muszą zerwać z żerowaniem lichwiarzy na ubogiej części społeczeństwa. Być może wbrew naszym doświadczeniom (cywilizacji zachodniej – szczególnie po Wielkiej Recesji), system bankowy jest bardziej bezpieczny dla obywateli. Trzeba jednak postawić pytanie: czy terapia szokowa, na którą władze z New Delhi skazały setki milionów swoich rodaków, nie odbije się w przyszłości czkawką. Szacowana ilość brudnych pieniędzy w gospodarce indyjskiej nie przekracza 10% całych zasobów gotówki. To znaczy, że reszta – 90% - stała się przypadkową ofiarą walki z nieuczciwą mniejszością. Przypomina to strzelanie z armaty do wróbla.

Nawet najlepsze, i najszczytniejsze, plany mogą się stać swoją własną karykaturą, jeśli haseł nie poprze się przemyślanym działaniem. Jakkolwiek premier Modi nie tłumaczyłby potrzeby wymiany banknotów, została ona przeprowadzona niechlujnie i bez przygotowania. Zamiary polityków, może i szczytne, obróciły się przeciwko zwykłym obywatelom, którzy dniami wystawali w kolejkach, aby zabezpieczyć oszczędności przed utratą. Mogłaby to być dobra nauczka dla wszystkich reformatorów, którzy uważają, że można coś naprawić, przez zburzenie starego.
Tymczasem indyjska lekcja przechodzi w naszym kraju bez echa.

Cienie nad Czarnym Lądem

rafal.kinowski

Afryka, mimo że wewnętrznie zróżnicowana, jest przez światowe media przedstawiana jako monument. To zaskakujące, że 54 państwa, rozrzucone na gigantycznym kontynencie, mogą być postrzegane jako jeden organizm. Tymczasem konkretne kraje przeżywają swoje własne dramaty. Nigeria – największa gospodarka kontynentu – zmaga się z recesją. Etiopia jest zagrożona wojną domową. Z kolei Republika Południowej Afryki boryka się szerokimi protestami, dotyczącymi nierówności wynagrodzeń i - prawdopodobnie - rząd w Pretorii będzie zmuszony do wprowadzenia krajowej płacy minimalnej. Trzy niezależne od siebie incydenty, w trzech krańcach Czarnego Lądu, a jednak w zachodnich mediach od razu są uogólniane do kontynentu jako całości.

Ciekawe spojrzenie na Afrykę proponuje reporterka Quartza, Lily Kou, zestawiając same tytuły raportów z kilkunastu ostatnich lat. Jeszcze na początku XXI wieku, The Economist pisał o „Kontynencie Beznadziei”. Dekadę później pojawiła publikacja - tym razem - pod hasłem „Afryka rośnie”. Z kolei McKinsey dumnie głosił swoim klientom, że „Lwy się poruszyły”. Wygląda to jak skrajna odmiana choroby dwubiegunowej. Albo rozpacz, albo euforia. I mało przestrzeni pomiędzy.

Wsadzenie stabilnych demokracji i krajów targanych konfliktami do jednego worka jest jedynie dobrym chwytem marketingowym, na miarę wymyślenia skrótu BRIC (dla przypomnienia Brazylia, Rosja, Indie i Chiny). Według prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) kontynent jako całość będzie rósł w tempie 3% PKB w 2016 i 4% w następnym. Jednak oprócz wspomnianych wyżej Nigerii czy wyniszczonej wojną Libii, istnieją jeszcze Rwanda, Tanzania czy Wybrzeże Kości Słoniowej, których rozwój oscyluje wokół 7, a nawet 8 procent PKB. Hasło ukute przez MFW „Inwestuj w Afryce” jest w tym przypadku mocno niekonkretne.

Afryka często jest postrzegana jako kolejne - po Azji - miejsce, gdzie przeniesie się międzynarodowy biznes, aby wykorzystać zasoby naturalne kontynentu, połączone z tanią siłą roboczą. Analiza przygotowana na potrzeby ONZu w 2015 roku, dotycząca zagranicznych inwestycji bezpośrednich, jednoznacznie pokazuje jak małe jest zainteresowanie Czarnym Lądem. W ciągu trzech lat (2012-2014) kontynent przyciągnął w sumie 164 miliardy dolarów. To tyle ile rocznie płynie do krajów Ameryki Łacińskiej i na Karaiby, a nie jest to najbardziej popularny kierunek, w którym wędrują pieniądze. Dla porównania gospodarka azjatycka rocznie pozyskiwała 465 miliardów dolarów. Skala zainteresowania zagranicznych inwestorów Afryką jest tak skromna, że wiele wywiadowni gospodarczych łączy ją z Bliskim Wschodem, aby stała się bardziej atrakcyjnym regionem. Wiadomo, że duże pieniądze przyciągają większe.

Warto też rozprawić się z kolejnym popularnym mitem dotyczącym Afryki i inwestowania. Istniej przekonanie – nie poparte żadnymi liczbami – że Czarny Ląd jest wykupywany przez chińskie korporacje, które nie tylko zakładają nowe przyczółki do globalnej ekspansji, ale też prowadzą śmiałe projekty infrastrukturalne.

Rzeczywiście Państwo Środka jest obecne na kontynencie, ale w dużo mniejszym zakresie. W samym roku 2014 Chiny zainwestowały 6 miliardów dolarów, co dało im 7% udziałów i czwarte miejsce. Zdecydowanym liderem była Francja, 18 miliardów dolarów i 21% udziału, a za nią – co ciekawe – Grecja 10 miliardów i 12%. Według raportu FDIInteligence na 660 projektów inwestycyjnych: 252 zgarnęły kraje Europy Zachodniej, 131 - Afryka i 104 - Ameryka Północna. Chiny miały ich zaledwie 28 i był to wzrost o 180% w stosunku do danych za rok poprzedni. Dynamika jest oczywiście godna pozazdroszczenia, ale przed Chinami jeszcze daleka droga, aby zdetronizować państwa byłych kolonizatorów i Stany Zjednoczone.

Mimo, że Państwo Środka cały czas odstaje jeszcze od czołówki inwestorów, warto zwrócić uwagę, że ma istotny wpływ na afrykańskie kraje. Chodzi o tak zwaną miękką siłę. Według badań Afrobarometer, przeprowadzonych na szerokiej próbie - obejmującej 56 tysięcy respondentów z 36-ciu krajów - Chiny ustępują popularnością (24%) jedynie Stanom Zjednoczonym (30%). Byłe państwa kolonialne pozostają daleko w tyle – 13% wskazań, o włos wyprzedzając RPA (11%). Warto zauważyć, że w Afryce Środkowej - regionie, gdzie koncentracja chińskich inwestycji jest największa, renoma Państwa Środka wyprzedza USA.

Popularność Chin wśród krajów afrykańskich wynika niewątpliwie z przebiegu transformacji. Cztery dekady rozwoju, które spowodowały przemianę outsidera w drugą gospodarkę świata, działa na wyobraźnię. Podobnie jak Państwo Środka lat 70-tych, afrykańska ekonomia nadal opiera się na ekstensywnym rolnictwie. Nic dziwnego zatem, że chiński model rozwoju jest dużo bardziej kuszący. Zamiast czekać na działanie niewidzialnej ręki rynku, która zbuduje potrzebną infrastrukturę kraju, rządy wolą wziąć sprawy we własne. Chiński schemat, który stawia na stabilność polityczną i reformy gospodarcze sterowane przez państwo, ponad swobodę obywatelką, jest bliższy i atrakcyjniejszy. Nie ważne, że chiński cud gospodarczy miał inne źródło, i obecnie łapie zadyszkę, - z punktu widzenia Afryki - jest on bardziej pożądany niż europejska stagnacja.

Wątpię, aby europejscy czy amerykańscy inwestorzy łatwo oddali pole Chińczykom. Jednak warto zwrócić uwagę, że problemy Afryki dawno już znikły z radarów administracji waszyngtońskiej, a nowy lokator Białego Domu nie jest orędownikiem zmian w tej kwestii. Europejczycy, mniej popularni wśród mieszkańców Czarnego Lądu, pozostają więc sami wobec chińskiej ekspansji. Mimo, że Państwo Środka ma stale bardzo negatywne publicity, 2/3 respondentów uważa jego obecność na kontynencie za korzystną. Jeśli nie nastąpi jakieś znaczące tąpnięcie w chińskim modelu gospodarczym, szala popularności przechyli się zdecydowanie w stronę Pekinu. Wówczas ani wielkość inwestycji, ani ilość prowadzonych projektów nie będzie już miała znaczenia. Autorytarnie rządzone państwa afrykańskie obiorą drogę skrajnie różną od modelu zachodniej demokracji.

© Wyzwania nowoczesnego świata
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci