Menu

Wyzwania nowoczesnego świata

Idee i zdarzenia ze świata, ginące w zalewie informacji.

Refleksyjne słuchanie muzyki

rafal.kinowski

Na portalu The Conversation pojawiła się ciekawa analiza dokonana przez dwóch pracowników naukowych Uniwersytetu Glasgow, Matta Brennana i Kyle’a Devine’a.

Autorzy prześledzili wartość nabywanej przez słuchaczy muzyki, na amerykańskim rynku, na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Na przykład, cena cylindra fonograficznego – hitu sprzedażowego początku ubiegłego wieku wynosiła blisko 14 dolarów (w dzisiejszych pieniądzach). Album winylowy w szczycie popularności - w roku 1977 - kosztował już 28,5 dolara.

Wraz ze wzrostem zainteresowania taśmami magnetofonowymi, których najwięcej kupiono w 1988 roku, przeciętna cena nagranego albumu spadła do nieco ponad 16,50 dolara. Z kolei gdy zaczęły królować płyty CD – w roku 2000 – za longplay ulubionego zespołu, trzeba było zapłacić niemal 21 dolarów i 60 centów.

Ceny muzyki spadły znacząco wraz z pozbyciem się fizycznych nośników. Płyta pobrana z legalnego źródła w roku 2013 kosztowała już tylko 11 dolarów i 11 centów. Pod koniec analizowanego przez autorów okresu, a więc w roku 2016, już w ogóle nie ma mowy o kupowaniu cyfrowych albumów. Większość serwisów muzycznych udostępnia wszystkie nagrania w ramach abonamentu, którego cena spadła poniżej 10 dolarów.

Przeliczenie wartości utworów muzycznych w zależności od nośnika i urealnienie cen w dzisiejszych pieniądzach jest ciekawe, ale pozostawia pewien niedosyt. Autorzy poszli więc dalej i ustosunkowali koszt muzyki do przeciętnych przychodów. Oczywiście wkraczamy tym samym na niebezpieczne grunty, gdyż średnie zarobki to dość przypadkowa wielkość, szczególnie w kontekście badań populacji, ale daje pewnie wyobrażenie o prawdziwej wartości nabywanej muzyki.

Dzięki porównaniu ceny albumów do tygodniowego wynagrodzenia, dużo wyraźniej widać trend spadkowy wartości nagrywanej muzyki. W szczycie popularności winyli płacono 28,5 dolara za płytę, co stanowiło niemal 5% tygodniówki. Album cyfrowy z roku 2013 to już tylko nieco ponad 1%.

Oczywiście, ktoś dociekliwy mógłby zauważyć, że pomiędzy nabyciem fizycznego nośnika z kompozycją, a uzyskaniem miesięcznego dostępu do możliwości przesłuchania utworu (nawet wielokrotnego) – jest znacząca różnica. Stąd nieunikniony spadek cen, jakie życzą spółki udostępniające muzykę.

Czas na clou programu.

Otóż Brennan i Devine sprawdzili koszt środowiskowy słuchania muzyki.
Intuicyjnie powiemy, że muzyka bez nośnika, powinna zostawiać mniejszy ślad węglowy.

Rzeczywiście, w roku 1977 (świecie winyli) przemysł muzyczny zużywał 58 tysięcy ton tworzyw sztucznych. W samych Stanach Zjednoczonych. Wraz z nastaniem ery CD przetwarzano już 61 tysięcy ton. W czasach beznośnikowych zużycie plastiku spadło do 8 tysięcy ton.

I już moglibyśmy się pokusić o oczywistą konkluzję, że zdematerializowana muzyka jest przyjaźniejsza dla środowiska, gdyby nie kwestia zużycia energii do zasilania zjawiska jakim jest: muzyka online. Cóż, przetwarzanie petabajtów danych, ich magazynowanie i duplikowanie w chmurze ma swój wymierny koszt.

Devine i Brennan przeliczyli zarówno produkcję plastikowych płyt CD czy kaset magnetofonowych, a także przechowywania i przesyłania muzyki cyfrowej na ekwiwalent gazów cieplarnianych.

A skoro tak, to z wyliczeń wynika, że świat winyli generował 140 tysięcy ton gazów cieplarnianych, kasety magnetofonowe136 tysięcy, a płyty CD - 157 tysięcy.

Z kolei szacunki, zaprezentowane w raporcie, sugerują, że w 2016 roku przemysł muzyczny emitował ponad 200 tysięcy ton gazów cieplarnianych. I znów są to dane ograniczone terytorialnie jedynie do Stanów Zjednoczonych.

Okazuje się, że słuchanie utworów za pośrednictwem serwisów muzycznych jest daleko bardziej szkodliwe dla środowiska – zostawia większy ślad węglowy – niż odsłuchiwanie oldskulowych longplayów.

I jeszcze na koniec małe uzupełnienie dla osób, które lubią szukać dziury w całym. Autorzy raportu są w pełni świadomi, że nie da się policzyć i porównać pełnego śladu węglowego pomiędzy różnymi epokami nośników (czy ich braku). W swoich wyliczeniach nie wzięli pod uwagę choćby kosztów: wygenerowanych przez studia nagraniowe, koniecznych do wytworzenia instrumentów, a także urządzeń, na których muzyka była odtwarzana (patefonów, kaseciaków, odtwarzaczy CD czy iPodów).

Być może nigdy nie policzymy dokładnie prawdziwej wartości, emitowanych przez przemysł muzyczny, gazów cieplarnianych. Jedno jest pewne. Nadmierna konsumpcja utworów pobieranych z chmury – poniekąd dzięki coraz niższym cenom i większej dostępności, jest szkodliwa dla środowiska.

Słuchajmy muzyki, ale z refleksją.

Zapomnijcie o nartach...

rafal.kinowski

Po raz kolejny nasza planeta nas zaskakuje. Znów na świecie dzieją rzeczy, które „nie śniły się filozofom”. Ani badaczom zmian klimatycznych.

Najnowsza analiza, opublikowana na początku kwietnia przez Nature, ujawniła, że w latach 1961 – 2016 straciliśmy 10,6 biliona ton lodu i śniegu. Badaniu poddano 19 000 lodowców. Okazało się, że większość z nich topi się szybciej niż pierwotnie zakładano. Obecnie ubywa nam przeszło 330 miliardów ton lodu rocznie.

Powiedzmy sobie szczerze, że dla większości z nas, te biliony i miliardy to dość abstrakcyjne wielkości. Łatwiej – wykorzystać porównanie z raportu – corocznie tracimy trzykrotność pokrywy lodowej Alp.

Lodowce, które były poddane badaniom, w odróżnieniu od lądolodu Grenlandii czy Antarktydy, pokrywają obecnie około 700 000 km2, to z grubsza ponad 2,2 razy powierzchnia Polski. W razie pełnego stopienia podniosłyby poziom oceanów o ponad 40 cm.

Już teraz cofające się lodowce są odpowiedzialne za 1/3 podnoszącego się poziomu morza. To więcej niż przypuszczali wcześniej naukowcy, a i tempo topnienia jest wyższe. Ich udział jest porównywalny ze stratami czap lodowych Grenlandii. Wstępne wyniki badań prowadzą do konkluzji, że większość pasm górskich straci pokrywę lodową do końca 2100 roku. W tym również wspominane już Alpy.

Odpowiedzialny za raport, Michael Zemp, dyrektor World Glecier Monitoring Service z Uniwersytetu w Zurichu, zwraca uwagę, że już od 30 lat obserwowana jest bardzo równomierna utrata masy lodowców pod wszystkimi długościami i szerokościami geograficznymi. W praktyce najmniej na swojej objętości tracą masy lodowe w południowozachodniej Azji (Himalaje i Tybet).

Ach, i jakby się kto pytał, to głównym winowajcą zaistniałej sytuacji, jest ... człowiek.

No dobra, żartowałem: to zmiany klimatyczne.

Nieoczekiwany beneficjent

rafal.kinowski

Gdy Donald Trump rozpoczął niespodziewaną wojnę handlową z Chinami, komentatorzy ekonomiczni zadawali pytanie, kto na niej bardziej straci: Stany Zjednoczone czy Państwo Środka. Absurdalność pomysłu - konfrontacji pomiędzy największymi gospodarkami - spowodowała, że rzadko kto zastanawiał nad potencjalnym zwycięzcą konfliktu.

Mimo, że myślą przewodnią wojny handlowej było zmniejszenie amerykańskiego deficytu w handlu zagranicznym, sytuacja jeszcze bardziej się pogorszyła. W zeszłym roku nadwyżka importu nad eksportem była rekordowo wysoka i sięgnęła prawie 900 miliardów dolarów.

Jak twierdzą Matthew Townsend i Eric Martin z Bloomberga, przyczyną pogarszającego się bilansu są: obniżki podatków, które zamiast pobudzić rozwój gospodarczy i zachęcić do inwestycji napompowały import produktów oraz cła odwetowe, podcinające przychody amerykańskich eksporterów.

Po ponad roku, od wprowadzenia pierwszych ceł na chińskie panele słoneczne, największym beneficjentem klinczu między Waszyngtonem, a Pekinem wydaje się być Meksyk.

Niby wiadomo, że Meksyk był zawsze naturalnym zapleczem produkcyjnym dla Stanów Zjednoczonych. Jednak bez konfliktu handlowego Pekinu i Waszyngtonu, nie było wyraźnego impulsu do zacieśniania stosunków. I to mimo negatywnego nastawienia administracji federalnej do wymiany z południowym sąsiadem.

Południowy sąsiad Stanów Zjednoczonych, który od początku prezydentury Trumpa, jest dyżurnym chłopcem do bicia, między innymi za domniemaną kradzież amerykańskich miejsc pracy, przeżywa gospodarcze ożywienie.

Przyroda nie znosi pustki. Skoro Stany Zjednoczone zdecydowały się sekować chińską produkcję, Chińczycy postanowili przenieść się z fabrykami na kontynent amerykański. Właśnie do Meksyku.

Dziennikarze Bloomberga przyjrzeli się zmianom w statystykach handlu w trójkącie Chiny – Stany Zjednoczone – Meksyk. Nawet ikoniczna jedwabna przędza, podstawa chińskiego eksportu, przybywa do Stanów zza Rio Grande. W ciągu dwunastu miesięcy obroty wzrosły z mizernych 5 000 dolarów do 1,6 miliona. To samo dotyczy między innymi: rud metali, wyrobów aluminiowych czy nawozów.

Do tej pory Meksyk był kojarzony głównie z eksportu owoców i warzyw, od których Stany Zjednoczone były po prostu uzależnione. Nagle w przeciągu roku jego atrakcyjność wzrosła tak bardzo, że już nie tylko chińskie koncerny, ale też mniejsze amerykańskie spółki planują przenieść swoją produkcję na południe. Dobrym przykładem są samochody osobowe. Oczywiście, już wcześniej amerykańscy producenci utrzymywali montownie na południe od Rio Grande, ale wraz z wprowadzeniem taryf na pojazdy z Chin i Niemiec, import z Meksyku wzrósł o 20%.

Perspektywy dalszego skokowego bumu gospodarczego Meksyku są – w dużej mierze - uzależnione od trwania konfliktu między Waszyngtonem a Pekinem. Szybka ugoda mogłaby zmniejszyć zachętę do przenoszenia produkcji.

Drugim ważnym aspektem jest koszt siły roboczej. Atrakcyjność Meksyku nie wynika tylko z geograficznego położenia czy konfliktu handlowego. Nawet chińskim spółkom bardziej opłaca się zatrudniać Meksykanów niż Chińczyków. Tylko, że dysproporcje płacowe nie będą trwały wiecznie. Czy chińskie spółki ruszą dalej na południe czy będą się automatyzować pod bokiem Stanów Zjednoczonych?

Luka płacowa: mity i fakty

rafal.kinowski

W Stanach Zjednoczonych fetuje się wiele świąt i uroczystości, które są nam obce. Ot, choćby 2ego kwietnia, obchodzono Dzień Równej Płacy. Od tego dnia – aż do końca roku – kobiety i mężczyźni, pracujący na podobnych stanowiskach, zarobią taką samą sumę pieniędzy.

Ktoś dociekliwy mógłby się zapytać, a co się działo od Nowego Roku? Cóż, skądś się musi brać ta osławiona różnica w wynagrodzeniach obu płci. Przez pierwsze trzy miesiące zarabiali tylko panowie. W sumie to nic dziwnego, panie dostają średnio 81% płacy mężczyzny.

W codziennej pracy trudno wychwycić różnicę w zarobkach obu płci. Przecież kobiety i mężczyźni siedzą obok siebie, często biurko w biurko, a pod koniec miesiąca pracodawca przelewa na ich konta pensje. Skala dysproporcji wychodzi na jaw dopiero gdy się zagreguje dane za cały rok.

To, że różnice są nie widoczne na pierwszy rzut oka, od razu generuje podejrzenia, że luka wynagrodzeń to ściema. W tegorocznych badaniach opinii publicznej w Stanach Zjednoczonych, aż 38% respondentów uważało, że dysproporcje w zarobkach kobiet i mężczyzn są zastępczym tematem politycznym.

Mimo, że fenomen luki w zarobkach oby płci jest dobrze rozpoznany i opisany, a urząd statystyczny kolekcjonuje dane na ten temat – i udostępnia raporty - od ponad pół wieku, 46% mężczyzn i 30% kobiet twierdzi, że fakt nierównego wynagradzania nie istnieje.

Co więcej aż 33% panów uważa, że informacje o nim w mediach są przesadzone, a 20% respondentów płci męskiej sugeruje, że to zwykły fake news. Ciekawe, że blisko połowa ankietowanych sądzi, że nawet jeśli zjawisko, różnicowania zarobków ze względu na płeć, miało miejsce w przeszłości, to obecnie już nie występuje.

Rzeczywiście, wiele spółek pod naciskiem federalnej Komisji Równych Szans Zatrudnienia (Equal Employment Opportunity Commission) przegląda swoje listy płac, bojąc się pozwów niezadowolonych pracowników, którzy pracują na podobnych stanowiskach i warunkach, ale mają różne zarobki. Na przykład okazało się, że w Google’u kobiety - pracujące na równoległych stanowiskach - zarabiają więcej niż mężczyźni.

Niestety, cała reszta amerykańskich – i nie tylko – spółek nie jest Google’em i niech nas nie zmyli ten chwalebny przykład. Tym bardziej, że jako listek figowy, tworzy wrażenie, że przecież nie może być z tymi różnicami aż tak źle.

Krytykujący roztrząsanie różnic w zarobkach obu płci, lubią powoływać się na oczywiste przypadki, jak opisany powyżej. Mają też sporo nietrafionych argumentów, którymi próbują ośmieszyć dążenia do zrównoważenia płac.

Jednym z nich jest próba deprecjonowania zjawiska, poprzez kwestionowanie uśredniania wartości dla całej gospodarki. Jak wiadomo, na rynku działają różne organizacje: instytucje rządowe, urzędy lokalne, fundacje non-profit, rodzinne firemki oraz międzynarodowe korporacje. Również zatrudnieni w nich pracownicy mają różne: wykształcenie, wiek czy doświadczenie zawodowe. Stąd już prosty wniosek, że nie da się w łatwy sposób porównać zarobków, pomiędzy płciami.

Tymczasem analizy rozpiętości płac dokonuje się na dużo mniejszych agregatach, wskazując że w pewnych sektorach gospodarki, czy przy określonym wykształceniu lub stanowisku, różnice w zarobkach są mniejsze lub większe, ale przeciętnie wynoszą osławione 19%.

Kolejnym argumentem sugerującym, że zróżnicowanie płciowe zarobków nie istnieje, jest twierdzenie, iż kobiety masowo wybierają sektory gospodarki z niższymi wynagrodzeniami, jak edukacja (nauczycielki) czy usługi medyczne (pielęgniarki).

Faktycznie, w bardziej sfeminizowanych branżach widać mniejsze dysproporcje w zarobkach. Znanym faktem jest zmniejszanie się przeciętnych wynagrodzeń w sektorach gospodarki, wraz ze zwiększaniem się odsetka zatrudnionych w nich kobiet. Tym niemniej w żaden sposób nie tłumaczy to dużych różnic – sięgających nawet 50% - w pensjach chirurgów czy kierowników finansowych.

Moim ulubionym argumentem za różnicowaniem zarobków obu płci, jest prosta konstatacja, iż kobiety zachodzą w ciążę i wychowują dzieci. Ma to być proste wytłumaczenie, aby płacić im za wykonywanie tej samej pracy 19% mniej niż mężczyznom. Jest to tak zwana kara za macierzyństwo.

Oczywiście, że sumarycznie – w ciągu całego życia – panie, które zdecydowały się na dzieci, zarobią mniej niż panowie, kontynuujący bez przerwy karierę. Nie wiadomo tylko dlaczego, obcina się z tego powodu pensje kobietom, zanim zdecydują się na potomstwo. Równie dobrze można by zmniejszać uposażenie samotnych mężczyzn, gdyż w razie stresu w pracy mogą oni popaść w alkoholizm albo dostać zawału.

Przypadek Lyfta

rafal.kinowski

Lyft jest w Stanach Zjednoczonych najpoważniejszym – po Uberze – startupem, którego aplikacja łączączy niezależnych kierowców, z klientami, chcącymi odbyć samochodową przejażdżkę. Mimo, że cały czas pozostawał w cieniu swojego największego konkurenta, to on – jako pierwszyzadebiutował na nowojorskiej giełdzie. Wycena spółki - przy cenie 72 dolary za akcję, w ofercie pierwotnej - sięgnęła 24 miliardów dolarów.

Dlaczego warto pochylić się nad przypadkiem Lyfta? Co najmniej z trzech powodów.

Po pierwsze, to jeden z największych debiutów giełdowych startupu, oferującego swoje usługi klientom detalicznym, który nie przynosi zysków.

Po drugie, Lyft zaoferował akcje niezależnym kierowcom, wbrew obowiązującym standardom. Korporacje dają szansę nabywania papierów wartościowych jedynie pracownikom. Spółki przewozowe – Uber, Lyft i inne – od lat starały się przekonać wszystkich (łącznie z sądami), że kierowcy to zewnętrzni kontraktorzy.

Po trzecie, skoro Lyft zdecydował się docenić zewnętrznych kontrahentów, warto przyjrzeć się ich polityce. Standardy wypracowane w tym przypadku mogą być wyznacznikiem dla innych spółek szerokorozumianej gospodarki współdzielenia, które chciałyby zadebiutować na giełdzie.  

Najpierw garść historii.

Uber i Lyft od początku powstania, rywalizowali ze sobą, kopiując nawzajem rozwiązania podpatrzone u drugiej strony. W celu rozruszania działalności, obie spółki oferowały solidne zachęty dla kierowców, aby ich pozyskać i rozwinąć sieć przewozów, obejmujących największe amerykańskie miasta. Lecz tylko Uber zdecydował się na ekspansję międzynarodową.

Potem, gdy okazało się, że biznes się nie domyka, manipulowały taryfami, aby zarabiać jak najwięcej na pojedynczych kursach. To doprowadziło do konfliktu z kierowcami, którzy rzucali pracę w jednym startupie, by związać się z drugim. Zresztą wkrótce wyszło na jaw, że kluczem do rozwoju jest pozyskiwanie przewoźników, a nie bezpośrednio konsumentów. Tak więc obie firmy poszły na zwarcie, podkupując sobie kierowców.

W szerszej perspektywie wydaje się, że konflikt z kierowcami był wpisany w DNA spółek. Przez lata amerykańskie sądy były zalewane pozwami grup kierowców, którzy żądali od Lyfta i Ubera, aby zatrudnić ich jako pełnoprawnych pracowników. Niestety – mimo zasądzania wielomilionowych kar – żaden ze startupów nie mógł sobie pozwolić na podobną ekstrawagancję. Gdyby spółki zdecydowałyby się na zatrudnienie kierowców, wówczas zostałyby zwykłymi firmami taksówkowymi. Tymczasem one są startupami technologicznymi, oderwanymi od materialnej rzeczywistości (dzięki temu mogą się rozliczać z fiskusem na innych zasadach).

Model biznesowy

Podstawą biznesu była przecież aplikacja, mająca kojarzyć kierowców z klientami, i za użycie której Lyft (ale też Uber) pobierają prowizję.

Rewolucyjność rozwiązania – oferowanego przez Lyfta, Ubera i kolejnych naśladowców - stanowił fakt, że to przewoźnicy sami mieli dbać o swoje pojazdy, ubezpieczanie, godziny pracy i stan zdrowia. W ten sposób wylansowano pojęcie „sharing economy” (gospodarka współdzielenia) - udostępniasz swój pojazd i czas, żeby dorobić.

Dzięki przerzuceniu kosztów na niezależnych kontrahentów, którzy obsługują klientów aplikacji, spółka – właścicielka aplikacji - zarabia pieniądze. Niestety, ponieważ koszty przewozów mają być konkurencyjne w stosunku do własnego pojazdu, taksówek, a nawet komunikacji miejskiej, Lyft ma przychody, ale nie zyski. Jego działalność jest deficytowa. Chyba, że osiągnie pozycję monopolistyczną (lub od biedy oligopolistyczną) i będzie mógł dyktować warunki.

Akcje dla kierowców

Wraz z planowanym wejściem na nowojorską giełdę, Lyft musiał nie tylko uporządkować wewnętrzne struktury, ale też odkryć – przed potencjalnymi inwestorami – meandry własnej strategii biznesowej. Podstawą działania firmy przewozowej jest posiadane odpowiednio zmotywowanej i lojalnej grupy kierowców.

Lyft zdecydował się na nagrodzenie najwierniejszych kierowców bonusami pieniężnymi, za które mogli oni składać zlecenia na zakup akcji spółki w ofercie pierwotnej, nie angażując własnych pieniędzy (rzadko który kontrahent Lyfta jest na tyle bogaty, aby posiadać oszczędności). Plan zakładał, że przewoźnik, który przejechał ponad 10 tysięcy kilometrów dostawał jednorazowo 1000 dolarów (mógł kupić 14 akcji). Po przekroczeniu progu 20 tysięcy kilometrów, premia była 10cio krotnie wyższa i wynosiła 10 000 dolarów.

Lyft nie ujawnił liczby kierowców, którzy otrzymali pierwszy, ani – tym bardziej – drugi bonus. Fachowcy twierdzą, że otrzymanie 10 000 dolarów nagrody, wymagałoby ponad 2 letniego jeżdżenia w dużej aglomeracji, po 120 – 150 przejazdów tygodniowo. Jest więc wielce prawdopodobne, że szczęśliwców można by policzyć na palcach jednej ręki. Szczególnie, że firma poinformowała o zakresach kilometrowych premii, w taki sposób, że nikt już nie mógł nabić dodatkowego dystansu. Można sobie tylko wyobrazić wściekłość kierowców, którym brakowało po 50 lub 100 kilometrów do upragnionego limitu.

Zachowanie Lyfta, w sprawie przydziału papierów wartościowych, jest o tyle ryzykowne, że do tej pory korporacje kierowały podobne programy do pełnoetatowych pracowników. Tymczasem – jak już wspominałem powyżej – kierowcy są niezależnymi kontraktorami. Mógłby to być dobry argument przed sądem, że przewoźnicy są jednak traktowani jak zatrudnieni. Tym bardziej, że podobny program przeprowadzony w konkurencyjnej spółce – zakończył się protestem etatowców.

Na dodatek – w odróżnieniu od zwykłych (nielicznych) menedżerów i właścicieli Lyfta – akcje nabyte przez kierowców nie mają 180cio dniowej blokady na ich zbywanie. Tak więc kontrahenci mogą nimi swobodnie handlować.

Co po debiucie?

Do obrotu giełdowego trafiły jedynie zwykłe akcje, za każdą z nich przysługuje jeden głos na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy. Właściciele zachowali dla siebie papiery, dające im po 20 głosów na jeden walor. To ważny sygnał, że mimo publicznej oferty, pierwotni założyciele nie planują oddać sterów spółki.

Pierwszy dzień Lyfta na giełdzie należy uznać za udany. Cena akcji poszybowała ponad 78 dolarów, dając solidny – ale nie oszałamiający – zarobek ponad 8,7%. Oczywiście największymi wygranymi są większościowi inwestorzy. Pięciu z nich po pierwszym dniu obrotów jest już miliarderami: japoński fundusz Rakuten, General Motors, Fidelity (odpowiedzialne za program akcji dla kierowców), fundusz Andreessen Horowitz oraz ... Alphabet.

Ze startu powinni być też zadowoleni założyciele, którzy – biorąc pod uwagę giełdową wycenę – są multimilionerami. Niestety nie będą oni mogli zbyć swoich walorów do czasu wygaśnięcia półrocznej blokady.

Sukces spółki mierzy się – prozaicznie – zyskami przyniesionymi właścicielom. Tym bardziej, że dzięki debiutowi będą oni mogli, za jakiś czas, uwolnić środki zainwestowane w przedsięwzięcie, na pierwszych etapach startupu. Jak już wspomniałem, debiut tak dużego i ważnego jednorożca będzie wyznacznikiem dla kolejnych spółek czekających na swój pierwszy dzień na parkiecie.

Czy upublicznienie akcji okaże się sukcesem w szerszej perspektywie?

Zapytajcie wróżki.

Znane są przypadki spółek, których akcje pół roku po debiucie były warte tylko 60% ceny zakupu. W końcu giełda to jedynie zaawansowana ruletka.

© Wyzwania nowoczesnego świata
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci